środa, 30 marca 2016

"Genialna przyjaciółka", "Historia nowego nazwiska", "Historia ucieczki"

czyli JAK PRZYWITAŁAM WIOSNĘ Z ELENĄ FERRANTE

Saga Eleny Ferrante to najlepszy cykl powieściowy, jaki czytałam od czasu Mojej walki Knausgårda. Autorka opowiada historię dwóch przyjaciółek – Eleny (Lenù) i Lili (Liny) od dzieciństwa w biednej dzielnicy Neapolu w latach 50. po wkraczanie w dorosłość w otoczeniu włoskich niepokojów społecznych lat 60. i 70.  Z dużym zainteresowaniem śledzi się dzieje każdej z bohaterek z osobna, ale tym, co czyni opowieść wyjątkowo fascynującą, jest wzajemna zależność, a może uzależnienie ich losów.

W cyklu Ferrante nie tylko sama powieść jest Stedhalowskim zwierciadłem, które przechadza się po gościńcu. Także główne bohaterki są dla siebie lustrami, ale takimi, w których każda widzi to, co chce zobaczyć przez pryzmat swoich obaw, słabości i kompleksów. Która z nich jest tak naprawdę tytułową "genialną przyjaciółką"? A może raczej należy się zastanowić, na czym polega genialność każdej z nich?

Tak wielowymiarowe i wiarygodne psychologiczne portrety kobiet udało się stworzyć tylko klasykom literatury. Trudno mi wyróżnić współczesnego autora lub autorkę, którzy potrafili to osiągnąć. Choć Ferrante skupia się na szczegółowym opisie doświadczeń bohaterek żyjących w określonym miejscu i czasie, jej relacja jest bardzo uniwersalna na poziomie emocji. Łatwo jest się utożsamić przynajmniej z jakąś częścią osobowości Lili czy Eleny albo fragmentem ich losów. Miłość, zazdrość, pożądanie, rozpacz, bezsilność, wstyd, bunt, ambicja, próby przezwyciężenia siebie i pogodzenia się ze sobą – każdy, kto je przeżywał, w lekturze Ferrante odnajdzie je na nowo.

Główna bohaterka wyraża zresztą tezę, że tak naprawdę nie przeżywamy własnych historii, lecz tylko powielamy schematy zaprogramowane w uniwersum ludzkiego doświadczenia. „Jesteśmy tylko splotem cieni, które od wieków wychodzą na scenę z jednakowym bagażem miłości, nienawiści, żądzy i przemocy”. Czy może być coś bardziej przygnębiającego i pocieszającego jednocześnie? Czy brak indywidualizmu i wyjątkowości naszego istnienia rekompensuje przekonanie, że w żadnej życiowej sytuacji nie możemy czuć się osamotnieni?

Cykl powieści odznacza się nie tylko wspaniałymi postaciami, ale także niezwykle udanym tłem polityczno-społecznym. Powojenna historia Włoch, która nigdy mnie nie interesowała, na kartach książek Ferrante stała się czymś fascynującym. Nędza neapolitańskich slumsów, utrudniony dostęp do edukacji, przemoc wobec kobiet i ich dyskryminacja we wszystkich sferach życia, wyzysk zuchwałych dorobkiewiczów, nieludzkie warunki pracy w fabryce wędlin, kamoryści, faszyści, komuniści i walka klas. To wszystko składa się na żywy obraz kraju pełnego nierówności i niesprawiedliwości, w którym wywodzące się z nizin społecznych Elena i Lila próbują się odnaleźć – każda na swój sposób.


Doszukiwanie się niedoskonałości w pisarstwie Ferrante byłoby wobec autorki uchybieniem. Nie mniejszą gafą są polskie wydania jej książek, straszące tandetnymi okładkami, które wymagający czytelnik omija w księgarni szerokim łukiem. Tłumaczenie początkowego tomu jest tak słabe i czyni tekst tak irytująco infantylnym, że zdołałam przez niego przebrnąć tylko dzięki pozytywnym recenzjom całości cyklu. Dopiero w połowie pierwszej części przekonałam się do tej książki.  Pozostaje mi cieszyć się, że moda na Ferrante chyba nie dotarła jeszcze do Wrocławia, bo wszystkie trzy tomy udało się dostać w miejskiej bibliotece. Oczywiście z przyjemnością patrzyłabym na własne egzemplarze na swojej półce, ale w nowym, starannym i gustownym wydaniu. Włoska saga przeczytana na innym etapie życia może się okazać zupełnie nową, kto wie, czy nie jeszcze lepszą, książką.

niedziela, 21 lutego 2016

Katarzyna Molęda "Szwedzi. Ciepło na Północy"

ZWYCZAJNI LUDZIE W EKSTREMALNYM SPOŁECZEŃSTWIE

Nieważne, czy stało się to za sprawą surowego, skandynawskiego klimatu, polityki neutralności w czasie największych konfliktów XX wieku, czy jeszcze innych czynników. Szwecję zwykło się postrzegać jako kraj umiarkowany, a samych Szwedów jako osoby spokojne, skryte i chłodne. Czy przekonanie o danym państwie i społeczeństwie nie zależy jednak od perspektywy, z której się je obserwuje? Na pewno warto poznać punkt widzenia Katarzyny Molędy, który przedstawia w książce Szwedzi. Ciepło na Północy.

Mimo że autorka jest skandynawistką i pracowała jako konsul w Sztokholmie, nie kreuje się na nieomylną znawczynię Szwecji.  Choć osoba z takim wykształceniem i doświadczeniem zapewne potrafiłaby napisać o tym kraju naukową rozprawę, na jej książkę składają się głównie osobiste, a więc z założenia subiektywne spostrzeżenia. Dzięki temu praca jest oryginalna i świeża, bo choć o Szwecji już trochę napisano, nie da się powielić prywatnych wrażeń i emocji. Autorka nie stroni od historycznych faktów ani statystyk, jednak są one tylko komentarzem do tego, co sama zauważyła lub przeżyła.
Molęda obserwuje Szwecję przez pryzmat polskich przyzwyczajeń i to właśnie taki punkt widzenia przydaje książce szczególnie interesujących rysów.  Z naszej perspektywy szwedzkie społeczeństwo może się bowiem jawić jako wręcz ekstremalne. Wystarczy wspomnieć, że w Szwecji dużo ważniejsze niż w Polsce, a według autorki ważniejsze niż gdziekolwiek indziej, są tolerancja, indywidualizm, zaufanie i zaangażowanie w politykę. Mniejsze znaczenie przypisuje się zaś religijności, poszanowaniu autorytetów, dumie narodowej czy tradycyjnym wartościom rodzinnym.  Dla osób zainteresowanych Skandynawią oczywiście nie jest to zaskoczeniem, ale autorka na tyle zręcznie żongluje odpowiednio dobranymi historyjkami z życia codziennego, że potrafi zaintrygować lub rozbawić każdego. Na pewno nie wszyscy, nawet najbardziej zagorzali miłośnicy Północy, słyszeli o powszechnych wśród Szwedów dziurawych skarpetach, braku pralek w mieszkaniach, kopiach dokumentów potwierdzanych przez znajomego zamiast notariusza czy o lekarzach, którzy wypisują na receptach nakaz uprawiania sportu.
Co ciekawsze, fragment książki poświęcony jest też postrzeganiu Polski i Polaków przez Szwedów. Niestety, z rozmów, jakie autorka prowadziła z naszymi północnymi sąsiadami, wyłania się obraz szarego kraju za morzem, w którym niewiele się zmieniło od czasów PRL-u. Można też odnieść wrażenie, że Molęda przedstawia Szwecję niemal w samych superlatywach. Jak jednak inaczej opisać jedno z najszczęśliwszych społeczeństw w Europie? Autorka wspomina co prawda o częstych w tym kraju nałogach – podobno Szwedzi to nieumiarkowani kawosze, nierzadko uzależnieni od wkładanego pod wargę „snusu”, który zawiera więcej nikotyny niż papierosy. Generalnie jednak to naprawdę szczęśliwi obywatele, którzy nie obnoszą się ze swoim bogactwem i najwyżej cenią prostotę życia oraz równowagę między pracą a czasem wolnym. Szczególnie Polakom mogą wydawać się skromnymi ludźmi, którzy nie wywyższają się, nikogo nie oceniają, a więc dobrze się z nimi rozmawia. Ot, zwyczajni ludzie w ekstremalnie opiekuńczym, a zarazem tolerancyjnym społeczeństwie.
Szwedzi. Ciepło na Północy to pozycja dla tych, którzy chcą poznać skandynawskie społeczeństwo nie poprzez fakty i daty, ale doświadczenia obeznanej z nim osoby. Prywatna perspektywa i przystępny język nadają książce walor świeżości, a poczucie humoru autorki sprawia, że z każdej kolejnej strony bije tytułowe ciepło.
***
Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

środa, 25 listopada 2015

Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Samotność"

DZIENNIK MIZANTROPA

Gdyby Bruno Stressmeyer był w stanie kogokolwiek polubić, w pierwszej kolejności podałby rękę bohaterom Bernharda i Houellebecqa. Postać stworzona przez Huberta Klimko-Dobrzanieckiego to w zasadzie antybohater, który nie zaskarbi sobie przychylności czytelników. Powinno się za to tak stać z niewielką, lecz udaną powieścią pt. Samotność, będącą rodzajem dziennika mizantropa.

Ta miniatura na początku może wydawać się jedynie wprawką do właściwej powieści. Samotność otwiera bowiem monolog bohatera, który dokonuje swojej autoprezentacji. Opis codziennych czynności bogatego Austriaka i wyznania pełne nienawiści do przedstawicieli innych nacji, imigrantów, sąsiadów, a nawet psów zdają się nigdy nie skończyć. Te pod każdym względem niepoprawne poglądy czyta się jednak z dużą przyjemnością, bo Bruno wyraża je językiem pełnym ironii, sarkazmu i czarnego humoru.
Przez znaczną część książki nietrudno odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z nową definicją tytułowego, starego jak świat pojęcia. Samotność rozumiana jako przykry stan emocjonalny jest Brunonowi obca. Dla niego to oczywisty stan rzeczy, który czuje się w obowiązku pielęgnować, bo jest trzonem jego tożsamości. Bruno wydaje się samowystarczalny i na swój sposób szczęśliwy, a druga osoba byłaby mu potrzebna tylko do tego, by posmarować plecy kremem.
Narracja nabiera tempa i rumieńców, kiedy Bruno wraca z wakacji. Poznana w Chorwacji kobieta wprowadza w jego przewidywalnym życiu niemały zamęt. Dalsze postępowanie bohatera nasuwa czytelnikowi dręczące pytania. Czy można wieść życie kompletnie pozbawione celu? Czy warto go sobie wyznaczyć, choćby za wszelką cenę? Jak sprawdza się definicja samotności utworzona przez Brunona w zderzeniu z nieoczekiwanymi emocjami? A może jednak da się całkowicie ich wyzbyć?
Zakończenie książki niektórym wyda się oczywiste, dla innych niebezpiecznie otrze się o moralitet. Nie zmieni jednak faktu, że Samotność to dobra i ciekawa pozycja w niemałym już dorobku Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Napisana znakomitym stylem powieść, która w całości angażuje czytelnika w życie bohatera zupełnie niezaangażowanego. Powieść tym bardziej gorzka, jeśli zechcemy potraktować Brunona nie jako jednostkową i w dodatku fikcyjną postać, lecz reprezentanta części mieszkańców współczesnej Europy.
***
Recenzja ukazała się na stronie literatki.com