poniedziałek, 9 grudnia 2013

Małgorzata Rejmer "Bukareszt. Kurz i krew"

SPECJALIŚCI OD TRAUMY

Nad pięknym, modrym Dunajem wyrósł naród, którego historia to dzieje zależności od Rosji, podporządkowania faszystowskim Niemcom i niewoli zgotowanej przez własnego rodaka. Architektura stolicy tego kraju jest groteskową mozaiką zabytkowych cerkwi ukrytych wśród socrealistycznych blokowisk, nad którymi góruje monstrualny Pałac Parlamentu. Wśród narodowych cech mieszkańców prym wiodą nieufność, bierność, fatalizm i posłuszeństwo wobec władzy. Rumunia, bo o tym kraju mowa, stanowi niezwykle ponure tło, na którym Małgorzacie Rejmer udało się jednak odmalować przepiękny portret Bukaresztu, choć to piękno niezwykle trudne, gdzie złoto miesza się z błotem, a Orient z obłędem.

Używając właśnie tych słów, autorka tytułuje dwie główne części książki Bukareszt. Kurz i krew. Pierwsza z nich, Komunizm. Złoto i błoto traktuje o czasach Rumuńskiej Republiki Ludowej znajdującej się pod wpływem dominacji Związku Radzieckiego. O czasach przesłuchań, donosów i więzień dla wszystkich „podejrzanych” przez władze, nieziemskich tortur i morderczej budowy kanału Dunaj-Morze Czarne, w czasie której umierało się z głodu, wyczerpania i z powodu wypadków. Wreszcie o epoce dyktatury Nicolae Ceauşescu i jego chorych pomysłach z dziedziny architektury i polityki społecznej, które miały zbudować potęgę Socjalistycznej Republiki Rumunii. Zamiast tego zburzyły szczęście niezliczonych rodzin, których ojcowie ginęli przy budowie Domu Ludu, a matki ograniczone Dekretem 770 delegalizującym środki antykoncepcyjne i aborcję, usuwały niechciane ciąże domowymi metodami, które były bolesne, niebezpieczne dla zdrowia, a na pewno uwłaczające ludzkiej godności. Ceauşescu zrównał z ziemią najpiękniejsze wille z XIX wieku, zabytkowe świątynie, klasztory i szpitale, by zrobić miejsce na budynki rządowe i gigantyczny pałac. Pomogło mu w tym trzęsienie ziemi w 1977. Ci, którym udało się je przeżyć, nie wracali spod gruzów do swoich domów, ale byli upychani w ciasnych, burych blokowiskach na obrzeżach miasta, które miało świecić blaskiem świetności bezlitosnego przywódcy.

Pierwsza część książki najbardziej ocieka krwią, pachnie strachem i nędzą. W drugiej, nieco tylko lżejszej, zatytułowanej Międzywojnie. Oko i ostrze, Rejmer pokazuje blichtr lat 20., zagłuszony już w kolejnym dziesięcioleciu przez gromkie okrzyki „Heil Hitler!”.  Być może autorka zrezygnowała z chronologii, by na początku zaszokować czytelnika najbardziej wstrząsającymi momentami z historii Rumunii, a może po to, by wpasować się w jej charakter i postąpić na opak. Prawdziwie chaotyczna, wielowymiarowa i może właśnie przez to tak fascynująca jest bowiem obecna Rumunia opisana w części trzeciej – Współczesność. Orient i obłęd.  To tu jesteśmy uczestnikami wycieczek taksówkami przez „imaginarium stylistyczne” czy „postmodernizm totalny”, jak nazywa bukaresztańską architekturę kolega autorki. Rejmer podejmuje też rozmaite wątki z zakresu współczesnej rumuńskiej kultury (od najczarniejszego na świecie humoru po głośny dokument całkiem na serio - Droga na drugą stronę) i obyczajowości (np. wiara w rzucanie uroków), które składają się na niepojętą mozaikę.

Brawurowy język autorki, który dał o sobie znać już w debiutanckiej Toksymii,  w słowach reportażu wibruje i błyszczy jeszcze wyraźniej. Rejmer po mistrzowsku nazywa nieoczekiwane emocje, wybiera zaskakujące epitety i tworzy nieużywane w codziennej mowie, lecz niezwykle obrazowe porównania. Wszystkie te zabiegi składają się na treść, która przynależy do literatury faktu, ale brzmi jak poezja.

Rumunia jest różowym tortem, na którym po kolei gasną wszystkie świeczki. (s. 22)

Piękny jest ten Bukareszt, trochę pyszny, trochę fikuśny, wrzodowaty na obrzeżach, lecz w centrum tłusto przypudrowany. (s. 134)

Odkąd odkryłam, że szara identyczność bloków jest złudna, budzą we mnie czułość. (s. 170)

Ta pustka jest chyba najgorsza, jest jak wybite zęby w marmurowej szczęce bulwaru. (s. 201)

Mimo że Rejmer pisze o mieście – a więc głównie o jego architekturze i dziejach, nie zapomina, że w każdej historii zanurzony jest człowiek.  Autorka ukazuje bardzo ludzkie oblicze Bukaresztu i wnikliwie analizuje stosunki panujące między jego mieszkańcami na przestrzeni lat. Toksyczne relacje charakteryzujące warszawian, tak trafnie i barwnie opisane przez Rejmer w powieści Toksymia, dotarły i do Bukaresztu, tyle że na skutek eksperymentów Ceauşescu. Dekret delegalizujący antykoncepcję i aborcję wpłynął przecież nie tylko na psychikę kobiet, ale i relacje między małżonkami oraz samoświadomość „dzieci z dekretu”, które wiedziały, że żyją tylko na skutek niechcianej ciąży lub nieudanej aborcji. Autorka bezbłędnie dostrzega, jak wielka trauma ciąży nad całym społeczeństwem rumuńskim, które ponad 20 lat po rewolucji nadal tkwi w psychicznej niewoli.

Podobno historie, w których jest tylko cierpienie, nie mają żadnej wartości (s. 39). Mimo że w reportażu opowiedzianym przez Małgorzatę Rejmer cierpienie zdecydowanie dominuje, książce nie sposób odmówić wartości, które gwarantują jej niezachwianą pozycję w kanonie gatunku. Bukareszt. Kurz i krew jest nie tylko świetnie skonstruowanym reportażem o życiu pewnego miasta.  Książka Rejmer to także uniwersalna opowieść o życiu w ogóle, a zwłaszcza o jego drugiej stronie – o śmierci, której nie można uniknąć, ale nie należy też zbyt łatwo się poddawać. To przypowieść o władzy, która ma wpływ nie tylko na dane społeczeństwo w określonym czasie, lecz wywołuje nieodwracalne zmiany w narodowym charakterze. Reportaż Małgorzaty Rejmer idealnie oddaje istotę miasta, o którym traktuje, bo mimo treści pełnej bólu i śmierci, bez trudu można odnaleźć w nim swoiste piękno.


***

Wszystkie cytaty za: M. Rejmer, Bukareszt. Kurz i krew, Wołowiec 2013.


sobota, 30 listopada 2013

M. Michalski, M. Wasilewski "81:1. Opowieści z Wysp Owczych"

WYSPY SZCZĘŚLIWE

Moja obsesja na punkcie Skandynawii skupiała się dotąd głównie na Islandii, zahaczając jedynie o Szwecję i Finlandię, gdy było blisko do Muminków, a o Norwegię, kiedy na horyzoncie pojawiał się film Joachima Triera. Reportaż Marcina Michalskiego i Macieja Wasilewskiego 81:1. Opowieści z Wysp Owczych od dawna okupował szczytowe pozycje na liście książek do przeczytania, a moja wiedza o Farerach ograniczała się do przypuszczeń, że zajmują się wypasem owiec i mieszkają w domkach z dachami krytymi trawą. Po lekturze książki panów M. okazało się jednak, że nie tylko Islandia jest skandynawską wyspą, którą warto się fascynować, bo na pewnym archipelagu o powierzchni Londynu i liczbie mieszkańców Skierniewic są sprawy dużo ciekawsze niż białe zwierzątka z rodziny krętorogich.

Nie da się ukryć, że książka jest bardzo nierówna. Może wynika to z odmiennych stylów i osobowości dwóch autorów, może z bogactwa informacji, które zawarli na nieco ponad 300 stronach. Książkę można nazwać reportażem tylko dlatego, że to gatunek bardzo elastyczny i pojemny.  W Opowieściach z Wysp Owczych znajdziemy mnóstwo anegdot, spisanych "na gorąco" notatek z podróży, historycznych faktów, danych statystycznych, urywków rozmów, a nawet scenariusz polsko-farerskiej telenoweli. Przekazywane na tyle odmiennych sposobów historie są w większości barwne i wciągające, ale zdarzają się także te kompletnie pozbawione puenty. Różnorodność książki stanowi o jej złożonym, a przez to interesującym charakterze, w którym trudno jednak uniknąć odrobiny chaosu. Czasem wydaje się, że autorzy przedstawili w książce największe jaskrawości Wysp Owczych, jednak nawet tendencyjny wybór nie jest przecież w tym przypadku mówieniem nieprawdy. W istocie bardzo ciekawym zabiegiem jest zestawienie najbardziej niezwykłych, niekiedy wręcz szokujących informacji o społeczeństwie, którego członkowie wiodą stabilny i rutynowy żywot człowieka poczciwego.

Między wierszami utopijnego peanu na cześć Wysp Owczych przewija się dość gorzki pamflet na resztę współczesnej cywilizacji. Z socjologicznego punktu widzenia książka Michalskiego i Wasilewskiego to także ciekawa analiza małej, zamkniętej społeczności, pozostającej pod wpływem, a jednak odciętej od wielkiego świata. Studium szczególnego rodzaju samotności i po trosze wyprawa w głąb ludzkiej natury, do której można się zbliżyć tylko uciekając od codziennego zgiełku, banału i fałszu.

Uciekam przed tą bylejakością do krainy imbirowych ciastek i barwionych fioletem owiec, gdzie histeryczne banery przegrywają w starciu z korkowymi tablicami, gdzie nie będą mnie kąsały komary zatrudnione w pionie marketingu, gdzie telewizja nadaje sześć godzin na dobę, gdzie pod intelektualistów nie podszywają się półanalfabeci z Bergmanem w awatarze, gdzie ludzie wymieniają serdeczności, a nawet szanują się nawzajem. Uciekam do krainy baśni, do świata ogrodowych elfów, w poszukiwaniu tego, co zwykliśmy nazywać prawdziwością[1].

Mimo tak wyraźnej separacji na mapie Europy i politycznej zależności od Danii nie może być mowy o zacofaniu Wysp Owczych. Wśród ich mieszkańców powszechna jest znajomość duńskiego i angielskiego (prócz oczywiście farerskiego), niemal wszyscy Farerowie korzystają z internetu i żyją we względnym dobrobycie. Jeśli emigrują, to nie za chlebem, ale z nudów. Trudno jednak uwierzyć w wyspiarską nudę na podstawie pełnej ciekawostek książki dwóch Polaków. Nie chcąc psuć zawartych w ich reportażu niespodzianek, zdradzę tylko kulisy umieszczonego w tytule wyniku 81:1 – tak kosmiczny rezultat osiągnęła farerska reprezentacja kobiet w piłce ręcznej w meczu z Albanią. Grzechem byłoby też nie wspomnieć o dziewiczym pięknie krajobrazu wysp. Doskonałość natury jest momentami opisana tak plastycznie, że pewnie trudno na nią patrzeć bez bólu, a czytać można tylko przy muzyce Sigur Rós i z wierszem Gałczyńskiego na ustach. Prośba Marcina Michalskiego i Macieja Wasilewskiego o wyspy szczęśliwe została w zupełności spełniona, a książka 81:1. Opowieści z Wysp Owczych jest tego najpiękniejszym świadectwem. 



[1] M. Michalski, M. Wasilewski, 81:1. Opowieści z Wysp Owczych, Wołowiec 2011, s. 264.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Zygmunt Bauman, David Lyon "Płynna inwigilacja. Rozmowy"

ROZMOWY KONTROLOWANE

Bystre oko Wielkiego Brata, wyczuwalny na ramieniu oddech stalkera, groza bijąca od strażnika z więziennej wieży. To tylko niektóre zjawiska, które zwykliśmy kojarzyć z pojęciem inwigilacji. Bycie śledzonym, monitorowanym czy podsłuchiwanym, a więc całkowite poddanie się czyjejś kontroli, uważaliśmy za stan jednoznacznie negatywny, bo pozbawiający przynależnej nam wolności i prawa do prywatności. Jak kwestie te mają się w dzisiejszych czasach, nazywanych przez Zygmunta Baumana płynną nowoczesnością? Punkt widzenia wybitnego socjologa poznajemy dzięki rozmowom z innym badaczem, Davidem Lyonem, zawartym w książce Płynna inwigilacja. Rozmowy.

W zapisie dialogu między dwoma myślicielami zdecydowanie wyraźniej słychać głos Baumana, któremu Lyon umiejętnie zadaje pytania i trafnie komentuje jego diagnozy. Szkocki socjolog jest też autorem bardzo użytecznego wprowadzenia, gdzie wyjaśnia kluczowe pojęcia z zakresu teorii płynnej nowoczesności i przedstawia tematykę kolejnych rozmów. Dzięki temu książka jest przystępna również dla czytelników niezaznajomionych z socjologią Baumana. Formy współczesnej inwigilacji są za to bliskie każdemu z nas, choć nie zawsze uświadamiamy sobie ich wpływ na nasze życie.

Mimo że rozmówcy specjalizują się w naukach społecznych, nie stronią też od literatury, fundując nam przegląd metafor inwigilacji od Franza Kafki do George’a Orwella. W odniesieniu do zjawisk współczesnych Bauman często posługuje się przykładami zaczerpniętymi z powieści Michela Houellebecq’a, pokazując jak głęboko kwestie związane z rozważanymi zjawiskami wniknęły w naszą kulturę. Rozmowa myślicieli nierzadko zmierza ku dygresjom, tak charakterystycznym dla pisarstwa Baumana. Ten wywiad-rzeka odznacza się niezwykle wartkim i wciągającym nurtem właśnie dzięki licznym odniesieniom do codzienności i czerpanym z niej przykładom przedstawiającym istotę dzisiejszej, płynnej inwigilacji.

Wyraźnie widać to już w pierwszej rozmowie, która jest poświęcona serwisom społecznościowym. Choć fenomen Facebooka doczekał się już bogatego dyskursu, warto spojrzeć na niego jeszcze raz z perspektywy Baumana. Dzięki temu przykładowi, choć oczywiście pojawiają się następne, dowiadujemy się, że obecna postać inwigilacji to próba odpowiedzi na tkwiącą w ludziach potrzebę bliskości i bezpieczeństwa, której zmienny i nieprzewidywalny świat nie jest w stanie zaspokoić. W kolejnych rozmowach autorzy odnoszą się do sfery nowych mediów, konsumpcjonizmu, rozważają też etyczne i moralne aspekty inwigilacji. Okazuje się, że w wielu wypadkach poddanie się dobrowolnej niewoli nie następuje pod wpływem szaleństwa, ale za namową zdrowego rozsądku.

Nie chcę zdradzać wszystkich wniosków autorów książki, bo obserwowanie procesów myślowych dwóch mistrzów socjologii to dla czytelnika nie tylko nie lada wyzwanie, lecz także duża przyjemność. Dialog Baumana i Lyona, choć zasadniczo dotyczy zjawiska inwigilacji, na pierwszy rzut oka może nieco abstrakcyjnego, jest głęboko zanurzony w rzeczywistości dobrze nam znanej. W centrum rozważań socjologów zawsze pozostaje człowiek, obywatel świata płynnej nowoczesności, będącej przestrzenią nieograniczonych szans i możliwości, ale także źródłem nowego rodzaju niepokojów i zagrożeń. Podobna dychotomia cechuje współczesne formy inwigilacji. Płynność i nieprzejrzystość dominujących dziś metod monitorowania, podsłuchiwania i szpiegowania znacznie utrudnia od nich ucieczkę. W dobie wszechobecnego lęku przed samotnością i wykluczeniem wątpliwe wydaje się jednak, by ktokolwiek jeszcze chciał się jej świadomie podjąć.

***

Recenzja została pierwotnie opublikowana na stronie literatki.com


poniedziałek, 11 listopada 2013

Alice Munro "Widok z Castle Rock"

Z DALEKA WIDOK JEST PIĘKNY  

Z daleka widok jest piękny: malownicze wzgórza Szkocji, błękit rozległego oceanu, obiecujące wybrzeże Ameryki. Podróż taką trasą odbywają przodkowie Alice Munro, których tegoroczna noblistka uczyniła bohaterami książki „Widok z Castle Rock”. Jak ich losy wyglądają z bliska? Ciepło i bezpiecznie, bo choć wszyscy muszą zmagać się z rozmaitymi trudami życia, czuwa nad nimi pióro niezwykle wyrozumiałej i wrażliwej autorki.  

Alice Munro opisuje dzieje własnej rodziny w dwunastu powiązanych ze sobą opowieściach. Autorka nie trzyma się sztywno kronikarskich faktów, lecz śmiało puszcza wodze wyobraźni, jedynie bazując na wspomnieniach przodków. „Widok z Castle Rock” nie jest zatem typowym dla pisarki zbiorem opowiadań, a swego rodzaju sagą rodzinną, w której wiara w duchy ze szkockich wiosek miesza się z wiarą w amerykański sen. 

Czas akcji obejmujący tak długi okres w historii oraz umiejscowienie jej na dwóch kontynentach pozwala autorce ukazać bohaterów w rozmaitych życiowych sytuacjach. W pierwszej z dwóch części książki Munro przenosi nas do XIX-wiecznej Szkocji, gdzie jej protoplaści, Laidlawowie, wiodą życie górskich pasterzy. Powszedniość ich doli przeplatają wspomnienia o jeszcze wcześniej żyjących przodkach, czasem bardzo wdzięczne i barwne, jak choćby to o Willu O’Phaupie, ostatnim na ich ziemi człowieku, który rozmawiał z elfami. Codzienne życie rodziny przebiega jak ustalony rytuał, zgodnie z rytmem przyrody i zajęć w gospodarstwie. Prostota i ubóstwo losu Laidlawów nie oznacza jednak miałkości ich charakterów. Bohaterowie zdobywają się w końcu na odwagę, żeby przebyć cały ocean w poszukiwaniu lepszego życia. Długa morska podróż, podczas której przychodzi na świat kolejna członkini rodu, wieńczy pierwszą część „Widoku z Castle Rock”. 

Druga przedstawia historię bliższej rodziny autorki i wspomnienia samej Alice Munro obejmujące jej młodość i dorosłe życie aż po lata 90. XX wieku. Pisarka opowiada o swoich pierwszych miłościach, małżeństwie rodziców i dziadków, relacji z ojcem i pracy w charakterze służącej, od której uciekała w świat coraz bardziej fascynujących ją książek. Dobrze wie, że roztoczone wokół niej zielone wzgórza to te same, po których biegała rudowłosa Ania Shirley. Sama niejednokrotnie wybiega poza krąg pętających ją konwenansów i ograniczeń, choćby chodziło o zwykłą jazdę rowerem. Autorka pokazuje świat powoli zmieniającej się obyczajowości, w którym można już po cichu rozmawiać o seksie, ale przed ślubem nadal trzeba przyrzec babci, że będzie się dobrą żoną dla swojego męża. Umiejętnie przedstawia dobrze nam znaną przestrzeń skomplikowanych relacji międzyludzkich, w której miłość jest coraz trudniejsza. 

Mimo pokaźnej ilości bohaterów, autorka z uwagą przygląda się każdemu z nich z osobna, wczuwając się w jego emocje, myśli, lęki i marzenia. Intymna perspektywa czyni jej opowiadania ciekawymi, choć przesadne wydają mi się umieszczone na okładce książki określenia „trzymające w napięciu, zaskakujące, ściskające gardło”. „Widok z Castle Rock” to proza niezwykle wyciszona, stonowana i pełna refleksji, a narracja prowadzona jest prostym, niemal przezroczystym językiem. Trudno tu o zaskakujące zwroty akcji, lecz nie o to przecież chodzi w pisarstwie Kanadyjki. Sposób, w jaki przedstawia emocje i przeżycia bohaterów, zdaje się składać na uniwersalne ludzkie doświadczenie i choćby cząstkową prawdę o człowieku, co stanowi największą siłę twórczości Alice Munro. 

poniedziałek, 4 listopada 2013

Milan Kundera "Śmieszne miłości"

KTO SIĘ ŚMIEJE OSTATNI?

Jak iść przez teraźniejszość z zawiązanymi oczyma?  Jak nasze zamiary mają się do rzeczywistości? Który świat jest pozorem, a który odbiciem prawdziwych zdarzeń? Jak silne są złudzenia, w które święcie wierzymy? Jaki obraz samego siebie widzimy w oczach innych? Ile jesteśmy w stanie zaryzykować lub poświęcić, by odmalować ten portret w najjaśniejszych barwach?


Przede wszystkim o tych sprawach, wbrew tytułowi, traktuje Milan Kundera w zbiorze opowiadań Śmieszne miłości. Pośród powyższych pytań kryje się oczywiście kilka miłości, lecz wydaje się, że bardziej bylibyśmy skłonni nazwać je miłostkami, romansami czy flirtami napędzanymi ambicją i pożądaniem. To właśnie one stanowią reguły gry, którą zdaniem Kundery jest ludzkie życie, mające sens na tyle, na ile potrafimy się nim bawić, ryzykować, poszukiwać. Poprzez słodko-gorzkie historie swoich bohaterów autor bezlitośnie kpi z młodzieńczej naiwności i idealizmu, nie zostawiając suchej nitki zwłaszcza na micie romantycznej miłości. Ten demaskuje na tyle sposobów, że właściwie zapominamy o jego istnieniu. Ktokolwiek zaś w niego uwierzy, jest skazany tylko na śmieszność.

Charakter tej śmieszności oddaje już podtytuł tomu: Anegdoty melancholijne. Czytając zawarte w nim historie, owszem, niejednokrotnie można się uśmiechnąć czy nawet zaśmiać, jednak po namyśle okazuje się, że to śmiech przez łzy płynące na widok ludzkiej głupoty, naiwności i bezradności w zmaganiach z życiem. Pod względem konstrukcji opowiadania są dość różnorodne: pisane jednym ciągiem lub z podziałem na minirozdziały opatrzone tytułem bądź tylko numerem, jedne z wyraźną puentą, inne jakby urwane w połowie zdarzeń. Fabularnie i ideowo są jednak do siebie na tyle podobne, że czyta się je jak pełną ironii powieść o ludziach uwikłanych w nierówną grę, jaką jest życie. Jeśli ktoś się w tym wszystkim śmieje, to kto się śmieje ostatni? Lekkie w lekturze i frywolne w treści opowiastki łatwo mogą dać pozór, że z tej gry można jakoś wyjść suchą nogą. Okrutna prawda leży jednak na dnie jeziora goryczy, rozczarowań i absurdów.

Mimo całego wdzięku opowiadań Kundery, umieściłabym je jednak na marginesie jego twórczości. Podjęte tu tematy w sposób pełniejszy, głębszy i wielowymiarowy pisarz rozwija jednak w powieściach – Żart, Nieznośna lekkość bytu czy Życie jest gdzie indziej. Nie znaczy to wcale, że opowiadań nie warto przeczytać, przeciwnie – zapiski na marginesach nierzadko bywają przecież tak błyskotliwe, zabawne czy awangardowe, że nie mieszczą się w głównym nurcie. Śmieszne miłości pod tym względem nie rozczarowują.

Na marginesie mojej notatki pochwalę natomiast nowe wydanie książki, które bije na głowę poprzednią edycję PIW-u torturującą fanów Kundery bardzo drobnym i gęstym drukiem.  Sympatyczne było jeszcze starsze, katowickie wydanie Śmiesznych miłości w serii Biblioteki Pisarzy Czeskich i Słowackich ze świetnym wstępem Witolda Nawrockiego i kolażowymi ilustracjami z Moną Lisą w roli głównej. Chwała jednak wydawnictwu W.A.B. za pomysł wznowienia całego dorobku Kundery i to w tak gustownej formie. Nic, tylko czekać na kolejne tomy.

poniedziałek, 14 października 2013

Jonathan Franzen "Korekty"

KSIĄŻKA Z DROGĄ W TYTULE

Droga jest długa, żmudna i mocno niedzisiejsza, jej celu ciągle nie widać, a mimo to zawsze znajdą się zapaleńcy, którzy chcą nią podążać.

Powieść realistyczna, podobno już dawno pochowana przez postmodernizm na cmentarzu literatury, odżywa w Korektach pod piórem Jonathana Franzena. Wszystko jest w niej po bożemu: przyczynowo-skutkowa narracja, umotywowani psychologicznie bohaterowie, szeroka panorama społeczna, polityczna i gospodarcza współczesności. Książka, która zgodnie z zamierzeniem autora powstała jako głos sprzeciwu wobec kultury obrazkowej, wzorowo spełnia swoją rolę. Przypomina, że seriale telewizyjne, programy typu reality show czy zdjęcia zamieszczane przez nas na portalach społecznościowych stosunkowo od niedawna są popularnym sposobem zatrzymania i odbicia rzeczywistości. Wcześniej taką funkcję spełniały przecież powieści. To w nich mogliśmy znaleźć ilustrację zarówno dobrze nam znanych, codziennych sytuacji, jak i głębokich, życiowych dylematów. Korekty szczegółowo i z rozmachem prezentują takie uniwersum ludzkich spraw na przykładzie dziejów amerykańskiej rodziny Lambertów u schyłku XX wieku. Seniorka rodu, Enid zaprasza do domu trójkę swoich dzieci: Denise, Chipa i Gary’ego, by móc wspólnie z nimi i schorowanym już mężem, Alfredem spędzić spokojne, tradycyjne święta Bożego Narodzenia.

Ostatni zajazd w St. Jude, rodzinnym mieście Lambertów, nie ma jednak w sobie nic z sielanki. Podobnie boleśnie i ponowocześnie robi się już wtedy, gdy przychodzi do głębszej charakterystyki sposobu życia postaci. Nie bez kozery na polskim gruncie do Franzena bywa porównywany Ignacy Karpowicz. Co robić? Jak żyć? Amerykańscy bohaterowie też tego nie wiedzą, mimo że przestrzeń ich działania jest ograniczona i uporządkowana tak solidną formą jak powieść, w której rządzą Przyczyna i Skutek, a wszystko ma swój Początek i Koniec. Problemy Lambertów zdecydowanie idą z duchem czasu. Niemal wszyscy cierpią na jakąś formę depresji związaną czy to z anhedonią, czyli niezdolnością do odczuwania przyjemności, czy starczą demencją i niedołężnością. Młodsze pokolenie poszukuje tożsamości pomiędzy własnymi potrzebami i pragnieniami a koniecznością tytułowej korekty stylu życia swoich rodziców. Poszukiwania te wiodą przez zawodowe wzloty i upadki, erotyczne przygody i poważne związki, przyjemności i nałogi, trudy rodzicielstwa i radości z sukcesów swoich pociech. Lambertowie-seniorzy żyją zaś przeszłością i złudzeniami, że mogą ją jeszcze poprawić. Teraźniejszość nie ma im bowiem wiele do zaoferowania poza samotnością i chorobą.

Każda z głównych postaci jest wiarygodna, bo poznajemy całą jej historię i widzimy w rozmaitych życiowych sytuacjach. Każda z takich sytuacji jest zaś opisana z pedantyczną wręcz szczegółowością, nawet jeśli chodzi o czynności tak błahe, jak choćby jedzenie kanapki. Wierność i dokładność w prezentowaniu rzeczywistości czyni z dzieła Franzena prawdziwe zwierciadło naszych czasów, choć wczytywanie się w taką mnogość szczegółów bywa momentami nużące. Historie bohaterów są jednak tak złożone i wzajemnie ze sobą powiązane, a język powieści tak przezroczysty, że książka niemal czyta się sama jak jedna, wielka opowieść, którą chce się poznać w całości, aż do samego końca.

Dziś nie ma jednak przecież nic ostatecznego, tak samo jak nie ma książki doskonałej. Zawsze znajdzie się coś do korekty, choć poprawianie Franzena musiałoby być bardzo opłacalnym zleceniem – obszernym objętościowo, ale niewymagającym wielu zmian.  A świata, jakim widzi go autor i jaki otacza nas na co dzień, chyba i tak nie da się już poprawić.

niedziela, 6 października 2013

Danilo Kiš "Encyklopedia umarłych"

CHODZĄCA ENCYKLOPEDIA

Dzisiejsza kartka martki, mimo tego, że jest kolejnym śmieciem wyciągniętym z polonistycznej szuflady, będzie zapowiadać następny wpis, który wkrótce się tu pojawi. Nie odmówię sobie przecież napisania kilku zdań o książce, która wypełnia swoimi zdaniami prawie 700 stron i zajmuje znaczną część mojej weekendowej (nie)aktywności. Tytułu na razie nie ujawniam, choć jest on dla mnie znaczący, za to przypominam tytuł (niestety!) mało znany, a ważny nie tylko dla refleksji o poznawczej funkcji literatury, którą właśnie się zajmę.

W tradycji teoretycznoliterackiej istnieje bowiem przekonanie, że ta rola literatury jest niewątpliwym faktem i istotną wartością. Dzieło literackie zwykło się postrzegać jako zapis realności. Książka niczym zwierciadło przechadzające się po gościńcu ma odbijać świat zewnętrzny i odsyłać do rzeczywistości. Jednak czy Stendhalowski gościniec nie jest dziś zbyt zatłoczony ogromem wydarzeń, tętniący życiem stąpających po nim ludzi, zmienny i nieprzewidywalny, by nadal mógł dać się zatrzymać na powierzchni lustra lub kartki w kajecie pisarza?

Wiele do powiedzenia w tej kwestii ma pewien bałkański pisarz, Danilo Kiš. Jego mało znana w Polce twórczość często porusza właśnie ten problem. W opowiadaniu Encyklopedia umarłych niemal słychać głos autora mówiącego: „a teraz pora na mały wykład o funkcjach poznawczych literatury”. Bohaterka utworu trafia bowiem do niezwykłej biblioteki, gdzie pośród niezliczonej ilości ksiąg, będących biografiami nieżyjących ludzi, znajduje życiorys swojego zmarłego ojca.

Kobieta zachwyca się obrazem świata zawartym w znalezionej przez nią książce, urzeka ją obfitość szczegółów, z których składa się życie, dokładny opis stosunków panujących między ludźmi, myśli, zdarzeń, krajobrazów. Pedanteria autorów Encyklopedii nie jest dla niej nużąca, wręcz przeciwnie – dostarcza głębokich wrażeń estetycznych. Okazuje się, że książka traktowana jako komunikat poznawczy, w tym wypadku Encyklopedia, nie musi być nudna jak… encyklopedia.

Autorami Encyklopedii oraz zapewne wieloma innymi pisarzami kieruje przeświadczenie o wyjątkowości wszystkich poszczególnych wydarzeń, które składają się na prawdę o życiu. Skoro nic dwa razy się nie zdarza, tym bardziej to, co się już zdarzyło, wymaga uwiecznienia, by było dostępne dla innych. Każde takie wydarzenie tworzy wspólną nam wszystkim historię, a suma losów ludzkich składa się na jakąś prawdę o życiu, która dzięki literaturze może być rozpowszechniona i dostępna. W Encyklopedii mówi się przecież nie tylko o detalach świata materialnego, ale i o stanach duchowych człowieka, poglądach na sprawy najważniejsze, o normach i wątpliwościach moralnych. W ten sposób Encyklopedia staje się metaforą literatury w ogóle, bowiem tak jak ona stara się uchwycić otaczającą nas rzeczywistość i zachować jej obraz dla innych.

Podobnie jak całość literatury, samo opowiadanie Kiša jest silnie zakorzenione w realnym świecie, ponieważ pomysł utrwalenia wszystkich szczegółów ulotnej rzeczywistości nie należy do bałkańskiego autora. W umieszczonym na końcu zbioru opowiadań Post scriptum informuje on o działalności archiwistów mormońskich z kościoła w Salt Lake City, którzy w podziemnych salach wywierconych w Górach Skalistych rejestrują nazwiska miliardów ludzi z całego świata i przechowują je na mikrofilmach. Podając taki komentarz, Kiš zdaje się sugerować, że idea ogarnięcia wszystkich detali ludzkiego życia jest możliwa w realizacji.

Ktoś mógłby jednak powiedzieć, że ostatecznie przygoda bohaterki opowiadania Kiša z nietypową encyklopedią okazuje się przecież tylko jej snem, a pomysł z odtworzeniem życia ludzkiego na papierze to ułuda, zatem pełnienie przez literaturę funkcji poznawczych także jest utopią. Jednak myśląc w ten sposób, równie dobrze można uznać, że cała nasza rzeczywistość jest snem, żyjemy w Matriksie i wszystko tylko nam się wydaje, a prawdziwe życie jest gdzie indziej. Takie pomysły pojawiają się w filozofii, literaturze i kulturze od wieków, a Danilo Kiš wcale nie próbuje być mądrzejszy od wielkich tego świata. Po prostu bardziej prawdopodobne wydaje się, że aby dowiedzieć się czegoś o życiu naszym i naszych znajomych nie trzeba wchodzić na Facebooka ani wkradać się do archiwum mormonów. Wystarczy otworzyć dowolną książkę.


piątek, 6 września 2013

Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"


ZAPACH KOBIETY

Choć wojna ma wiele twarzy, które od wieków zwykliśmy poznawać na kartach rozmaitych tekstów kultury, jedno jej oblicze do tej pory pozostawało ukryte. Mimo że to Mars tytułuje się bogiem wojny, zasadnym wydaje się pytanie, co w czasie walk i konfliktów zbrojnych robiła Wenus? Kobiecy wymiar wojny przejmująco przedstawia białoruska dziennikarka Swietłana Aleksijewicz w książce „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”.

Zainteresowania pisarki wydają się oryginalne nie tylko ze względu na podjęcie niestandardowego tematu, jakim jest udział kobiet w II wojnie światowej. W reportażu, w którym autorka skupia się co prawda na roli radzieckich obywatelek w armii, przedstawia także rezultaty swoich poszukiwań dotyczących kwestii ponadczasowych i ogólnoludzkich. Wsłuchując się w bolesne, wzruszające, a niekiedy i zabawne wspomnienia żołnierek, Aleksijewicz stara się dotrzeć do istoty człowieczeństwa. Nie interesują jej oficjalne relacje o wojnie pełne dat, liczb i suchych faktów, ale szczere zwierzenia kobiet, które znalazły się w ekstremalnej sytuacji. Poprzez historie zwykłych ludzi próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, skąd się bierze zło i jak dochodzi do tego, że człowiek może zabić drugiego człowieka.

Niejeden autor reportaży na pewno zazdrości Aleksijewicz warsztatu i umiejętności, dzięki którym jej książkę czyta się z takim przejęciem. Oprócz zdolności dziennikarskich, autorka musiała wykazać się niemałą empatią, by skłonić rozmówczynie do tak intymnych zwierzeń o śmierci, zabijaniu i cierpieniu, ale i o sprawach dotyczących cielesności: głodzie, brudzie, braku kobiecych ubrań czy bielizny. Aleksijewicz z wyjątkową gracją przeplata prozaiczne scenki z życia frontowego z wielkimi pytaniami o sens umierania za idee. W czasach, w których przywykliśmy do życia w sferze banalności, pisarka w subtelny, ale i przejmujący sposób przypomina o ważnych pytaniach, nie szczędząc przy tym pasjonującej lektury.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Joanna Bator "Chmurdalia"

FIKSUM-DYRDUM I FIU-BŹDZIU


Fiksum-dyrdum i fiu-bździu – tak o Dominice Chmurze zwykła mówić jej matka. Tymi słowami można by również spróbować oddać charakter powieści Joanny Bator. „Chmurdalia” to książka odważna i szalona, która w gąszczu błahych historii zamyka prozę ludzkiego życia, a zarazem otwiera nas na rzekę możliwości, które to życie ze sobą niesie.

Dominika, główna bohaterka powieści, zawsze płynie pod prąd. Dziewczyna o duszy gwiezdnej i rozrzutnej, która w „Piaskowej Górze” wymyśliła na dachu wałbrzyskiego bloku z wielkiej płyty nieistniejącą krainę, Chmurdalię, w kolejnej książce Joanny Bator sama się w niej znajduje. Dominika wskutek wypadku samochodowego traci wrodzone zdolności matematyczne, jednak nie waha się odkrywać w sobie coraz to kolejnych, co staje się jej głównym talentem i cechą determinującą jej losy.  I tak bohaterka brodzi w truskawkowej masie w niemieckiej przetwórni owoców, zaprzyjaźnia się z potomkinią Hotentockiej Wenus i cukiernikiem-homoseksualistą, zawodowo czyta na głos książki nowojorskiej staruszce, z pasją fotografuje piękno i brzydotę ludzkich ciał.

Dla przeciwwagi jej matka, Jadzia Chmura, niezmiennie tkwi na wałbrzyskim blokowisku otoczona tymi samymi ludźmi, przedmiotami i historiami. Jadzia magazynuje czas w słoikach pod postacią konfitur z kolejnych lat, żyjąc tylko tą słodko-kwaśną przeszłością. Przyszłość planuje jedynie dla Dominiki, która za nic nie chce się poddać zamierzonemu i wymarzonemu przez matkę losowi. Kobiety nie są jednak swoimi czystymi przeciwieństwami, nie tkwią w ramach powieści osobno i nieruchomo jak na szalach wagi mitycznej Temidy. Wraz z licznymi bohaterami i bogatymi historiami ich życia odważnie się na nich huśtają, nadając narracji szalone tempo, ale i swoisty rytm odmierzany opowieściami kolejnych postaci.

„Chmurdalia” to pod wieloma względami powieść na opak. „Odyseja” na opak, jak informuje autorka na okładce książki, bo chociaż mówi się o podróżowaniu, Itaką okazuje się zupełnie inne miejsce niż rodzinny dom. Powieść rzeka, której nurt rwie się, zawraca, to znów ciągnie do przodu. Powieść tendencyjna, w której każdy Włóczykij jest dobry i szczęśliwy, w przeciwieństwie do niespełnionych mamuś Muminka, jednak najbardziej konserwatywna i praktyczna mama Dominiki kończy jako poetycka syrena.  Powieść o poszukiwaniu swojej tożsamości, w której znajduje ją nie tylko ten, kto najwytrwalej jej szukał.

W „Chmurdalii” dzieje się na przemian coś srebrnego, jak w wierszu Leśmiana, i coś bardzo nam bliskiego, zwykłego. Może właśnie z tego powodu czyta się tę książkę jednym, długim tchem, jednocześnie bujając w obłokach i stąpając po ziemi.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Hubert Klimko-Dobrzaniecki „Grecy umierają w domu”

UDAJĄC GREKA

Tęsknota jest uczuciem, które potrafi człowiekowi szczególnie boleśnie doskwierać. Poczucie braku czegoś, co uważamy za główny składnik naszego szczęścia, uniemożliwia osiągnięcie go na innych polach bądź innymi sposobami. Mimo to staramy się czasem szczęściu dopomóc, naiwnie udając, że jego substytuty są właśnie tym, czego pragniemy.

Bohaterowie powieści Huberta Klimko-Dobrzanieckiego „Grecy umierają w domu” tęsknią za swoim krajem, który musieli opuścić. Autor przedstawia dzieje rodziny reprezentującej ok. 14 tysięcy Greków, którzy przybyli do Polski (głównie na Dolny Śląsk) w ucieczce przed represjami grożącymi im po wojnie domowej toczącej się z przerwami w latach 1944-1949. Głównym bohaterem książki jest pięćdziesięcioletni pisarz, Sakis Sallas oraz jego rodzice żyjący już tylko we wspomnieniach.

To one mają stać się kanwą nowej powieści Sakisa i to w nich zawiera się najwięcej tęsknoty, nostalgii i smutku, ale też specyficznego humoru. Rodzice pisarza nigdy nie zapomnieli o swojej ojczyźnie, a próby jej przywołania poznajemy w licznych słodko-gorzkich historiach przytaczanych przez Sakisa. Mimo że wszyscy troje są rodowitymi Grekami, mogą tylko udawać przed sobą prawdziwych Greków, otaczając się fałszywymi rekwizytami lub udawać Polaków, próbując zadomowić się w obcym dla nich społeczeństwie. I tak matka Sakisa przygotowuje rodzime potrawy z ziemniaków i cebuli zamiast z liści winogron, a wyszywane na obrusach greckie wzory zamienia na kaszubskie. Przejmująca tęsknota jego ojca za melodią greckich cykad i niemożność zdobycia tego owada w Polsce, każą mu zaś nazwać Cykadą… kupioną w sklepie zoologicznym papugę.

Te i inne anegdoty z dzieciństwa wypełniają jeden plan czasowy powieści, drugi stanowi relacja Sakisa z pobytu w greckim domu pracy twórczej. W części rozdziałów bohater opowiada zatem o okolicznościach pisania książki, a w kolejnych książka ta pisze się sama. We wspomnieniach Sakisa na pierwszy plan wysuwa się jednak postać jego ojca, o którym wypowiada się czule, z miłością i odrobiną melancholii. Rudobrody ojciec-Posejdon jest dla niego autorytetem, synonimem męskości, a może i personifikacją wszystkiego, co greckie. Silnie zmitologizowana postać w niczym nie przypomina na wskroś negatywnych portretów ojców odmalowanych w niedawnej polskiej literaturze, choćby przez Kuczoka w „Gnoju” czy Karpowicza w „Gestach”.

Sakis Sallas ma jednak w sobie wiele z Grzegorza z „Gestów”. Obaj bohaterowie to nieżonaci, niezwiązani z nikim mężczyźni w średnim wieku, którzy boją się zakochać.  Zawodowo parają się pisaniem, choć do końca nie wiedzą, kim są i czego tak naprawdę pragną od życia. Obaj próbują odnaleźć swoją tożsamość pomiędzy wspomnieniami z przeszłości a zapowiedziami przyszłości spowitymi mgłą przemijania i śmierci. Odejście rodziców budzi w myślach bohaterów ducha Tanatosa, który nawiedza ich na licznych kartach powieści, budując klimat nostalgii i głębokiego smutku. Książki łączy nawet fragmentaryczna struktura narracji i niespodziewane, mocne zakończenie.

Powieść Klimko-Dobrzanieckiego to jednak nie tylko mroczny pamiętnik zagubionego pisarza. To przede wszystkim tekst o miłości do ojca, tęsknocie za nim i za utraconym (k)rajem, opowieść o Obcym na swojej i na obcej ziemi, traktat o wzorcu męskości, a także historia o meandrach pamięci, wierze w mity i poszukiwaniu własnej tożsamości. Książka „Grecy umierają w domu” powiela to, co najlepsze w twórczości Klimko-Dobrzanieckiego. Gawędziarski styl autora pozwala mu uczynić ciekawą najzwyklejszą anegdotę o jedzeniu ciastka, a egzotyczna, grecka sceneria (podobnie jak Islandia czy Wiedeń we wcześniejszych powieściach) stanowi tylko kostium, w który ubrane są uniwersalne, ludzkie sprawy. Połączenie interesującej i łatwej w odbiorze fabuły z ponadczasowym przesłaniem składa się na skromną, lecz ważną pozycję we współczesnej polskiej literaturze.


Recenzja ukazała się również na stronie independent.pl.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Peter Fröberg Idling "Uśmiech Pol Pota"

ŹLE SIĘ DZIEJE W PAŃSTWIE KHMERSKIM

Podobno Pol Pot, komunistyczny dyktator Kambodży i przywódca ekstremistycznego ugrupowania Czerwonych Khmerów, uśmiechał się w specyficzny sposób. Zmanierowany, obojętny grymas, polegający na lekkim opuszczeniu głowy i obnażeniu górnych zębów, przypominał jedynie nieudaną kopię tego, co nazywamy uśmiechem. Autor reportażu o reżimie Pol Pota, Peter Fröberg Idling, próbując zrobić taką minę przed lustrem, stwierdza, że wygląda jak kretyn. Jakim widzi zaś portret kambodżańskiego ludobójcy przez reporterskie szkiełko i oko, możemy przekonać się dzięki książce autorstwa szwedzkiego reportera Uśmiech Pol Pota. Łącząc najlepsze cechy literatury faktu i artystycznej narracji, Idling po mistrzowsku odmalowuje nie tylko wizerunek dyktatora, ale i towarzyszące jego rządom tło pełne złowrogich barw.

Zaczyna się gdzie indziej

Oprócz wydarzeń związanych z dramatem Kambodży Peter Fröberg Idling ukazuje także niechlubną kartę historii swojego kraju, którą odsłania już w podtytule: o pewnej szwedzkiej podróży przez Kambodżę Czerwonych Khmerów. Opisuje wyprawę czwórki lewicujących intelektualistów, którzy odwiedzają państwo dyktatury Pol Pota i wracają zachwyceni czerwoną rewolucją, nie dostrzegając (lub nie chcąc dostrzec), że zabarwiła ją krew zastępów zagłodzonych, zastraszonych i zamordowanych Kambodżan. Od tego zaczyna się książka, o ile w ogóle można powiedzieć, że się zaczyna, bo w reportażu Idlinga nie znajdziemy typowej, choćby dla powieści historycznej, chronologicznej narracji, logicznego następstwa zdarzeń czy ciągów przyczynowo-skutkowych.

Autor nieustannie przeplata plany czasowe, robi to jednak na tyle sprawnie, że tekst nie jest chaotyczny. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w jego wydaniu sprawiają wrażenie jednej, pulsującej przestrzeni, w której zanurzone są fragmenty historii Kambodży, biografii Pol Pota, rewolucyjnych haseł, relacji ocalonych czy wypowiedzi członków rodzimej delegacji. Spotkanie ze szwedzką wysłanniczką do Kambodży, Heddą Ekerwald, na które Idling wybiera się w pierwszej scenie książki, powraca dopiero po ponad 30 stronach. Wszystkie prezentowane czasoprzestrzenie są jednak ze sobą powiązane, a ich cyrkulacja świetnie wpisuje się w otwartą formę reportażu i czyni go ciekawym literacko. Przeplatając wątki, style i gatunki, autor wymaga od czytelnika pełnej koncentracji i zaangażowania w lekturę. Jednak kiedy damy ponieść się samemu tekstowi, nie skupiając się na obco brzmiących nazwiskach, miejscowościach i przerażająco dużych liczbach, książkę czyta się jednym tchem. Paradoksalnie opis pełen niebywałych potworności, które na dodatek wydarzyły się naprawdę, okazuje się narracją wciągającą jak najlepsza powieść przygodowa czy sensacyjna.

Łopata to twoje pióro, pole ryżowe to twój papier

Z tego, co jest piórem i papierem reportera, Idling nie robi tajemnicy. Na kolejnych stronach Uśmiechu Pol Pota czytelnik wraz ze swoim przewodnikiem dokopuje się do kolejnych informacji i ze szczegółami poznaje sposób, w jaki uprawia się zawód, uważany przez jego wykonawców za bardzo trudny. Idling śmiało odsłania kulisy tworzenia reportażu i na bieżąco relacjonuje proces jego narodzin, co daje wrażenie, że książka powstaje na naszych oczach. Autor jest w niej obecny także jako jeden z bohaterów, który przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, snuje historiozoficzne refleksje, prowadzi rozważania na temat istoty dziennikarstwa. Ilość wykonanej przez niego pracy reporterskiej jest godna uznania. Autor posługuje się źródłami pochodzącymi z różnych czasów i utrwalonymi w rozmaitych formach. Do napisania książki wykorzystuje m.in. urywki z gazet szwedzkich, kambodżańskich i amerykańskich, transkrypcje nagrań audycji radiowych i prywatnych rozmów telefonicznych polityków, fragmenty filmów, książek, dzienników, zeznań, zapisków z podróży, rewolucyjne slogany i przykazania, opisy fotografii i rysunków, relacje świadków, wywiady, wiersze, zasłyszane anegdoty, a nawet własne sny.

Wielość źródeł Ilding przekłada na gatunkową i stylistyczną różnorodność własnego tekstu, a także na jego fragmentaryczność. Na Uśmiech Pol Pota składają się 262 rozdziały, nazwane w autorskim posłowiu scenami, które bywają spisane w formie chłodnych relacji, pozbawionych komentarza urywków źródeł, pełnej napięcia fabuły rodem z powieści przygodowej, emocjonalnych wspomnień i refleksji czy też opatrzonych tytułami baśni (Baśń o helikopterze, Baśń o stalowym pręcie). Najciekawszym rozwiązaniem jest chyba przedstawienie jednego z rozdziałów w konwencji scenki dramatycznej z podziałem na role oraz didaskaliami zawierającymi uwagi co do wyglądu sceny (willi generała Lon Nola w Phnom Penh) i zachowania aktorów (Lon Nola i Henry’ego Kissingera). W innym fragmencie autor eksperymentuje z kolei z typografią, pomijając w tekście niektóre wyrazy, a w ostatniej linijce zostawiając same znaki interpunkcyjne.

Najczęściej jednak Idling posługuje się prostym, klarownym językiem i buduje krótkie zdania, dobitnie wyrażające fakty, które mówią same za siebie. Bogactwo stylów i gatunków tworzy typowy dla reportażu literackiego, a mimo to oryginalny kolaż, skonstruowany w taki sposób, że czytanie staje się przygodą, która nie szkodzi jednak poznaniu prawdy o niedostępnej nam rzeczywistości.

Interpretator, prestidigitator, dyktator


Czy reporter tworzy iluzję podobną do tej, której uległa czwórka Szwedów podróżujących po Demokratycznej Kampuczy Pol Pota? Mimo że Idling skrupulatnie relacjonuje proces tworzenia reportażu i odsłania przed czytelnikiem swój warsztat, ciągle dręczy go kwestia wiarygodności i odpowiedzialności za słowo. Do kategorii prawdy, która ma dla niego tak duże znaczenie, nawiązuje już w motcie zaczerpniętym z książki innego szwedzkiego pisarza: zapewniam was, to prawda. Jednocześnie na jednej ze stron tytułowych umieszcza kolejny, znamienny podtytuł: PROPOZYCJA, sugerujący jakby, że przedstawione wydarzenia są tylko pewną ofertą, którą można przyjąć lub odrzucić, zgodzić się z nią lub nie.

Taka postawę można nazwać swoistą asekuracją przed ewentualnymi zarzutami albo zwyczajną uczciwością wobec czytelnika, który oczekuje portretu Pol Pota non-fiction. Autor wielokrotnie dzieli się swoimi wątpliwościami, rozterkami w kwestii doboru słów (np. czy zamiana wyrazu zło na brak empatii uczyni tekst bardziej, czy mniej zrozumiałym?), nazywa siebie nieproszonym gościem wśród cudzych wspomnień, obawia się o ich nieuprawnione zawłaszczenie. Pyta, czy sam widzi ukazane analogie, bo chce, żeby tam były? Czy przedstawione wydarzenia można opowiedzieć inaczej, lepiej? Co ma począć z faktami, na które natrafił, z doświadczeniami, które przeżył? Idling mnoży takie pytania i zmusza odbiorcę do interakcji. Czyni lekturę przyjemną, ale w specyficzny sposób. Świat przedstawiony, w którym nie ma jasnych odpowiedzi i nic nie jest jednoznaczne, wymaga czytelnika aktywnego i gotowego do podjęcia wyzwania, jakie stawia przed nim tekst.

Kapuściński uznawał obiektywizm w pracy reportera za coś niemożliwego do osiągnięcia, Idling jednakże, gromadząc fakty z tak rozlicznych źródeł i nie ukrywając pojawiających się mimo to wątpliwości, zdaje się zbliżać do ideału. Szwed nie próbuje być nieomylnym sędzią, ale raczej przewodnikiem po faktach, w morzu których czytelnik mógłby się zagubić. Typowy dla autora sposób przekazu dobrze ilustruje przedstawianie przez niego statystyk. Idling nie zasypuje czytelnika suchymi danymi, nie grzęźnie w liczbach, które trudno sobie wyobrazić, lecz za każdym razem stara się je zobrazować i przybliżyć. Przykładowo mówi, że lista zmarłych Kambodżan na skutek terroru Czerwonych Khmerów w momencie odwiedzin szwedzkiej delegacji (1 milion 330 tysięcy), mogłaby wypełnić 34 książki takich rozmiarów, jak ta trzymana w rękach przez czytelnika albo prawie 13,5 tysiąca tej wielkości stron, podczas gdy kolejnych 3 700 czekałoby na tych, którzy mieli wkrótce umrzeć. Innym razem siłę eksplozji 2 756 941 bomb zrzuconych na Kambodżę porównuje do 183 bomb z Hiroszimy zrzuconych przez cztery lata na kraj wielkości połowy Szwecji.

Choć tego typu zabiegi mogą być uznane za tani dziennikarski chwyt i grę na emocjach odbiorcy wywołaną literacką iluzją, w przypadku reportażu Szweda takie posądzenia wydają się nieuzasadnione. Nawet jeśli reportaż miałby być swego rodzaju iluzją rzeczywistości, to Idling jako jej twórca nie ma w sobie nic z jarmarcznego kuglarza. Przywoływana wielokrotnie skrupulatność w gromadzeniu materiału faktograficznego, jego różnorodność i możliwie bezstronny, a zarazem ciekawy literacko sposób prezentacji czynią Idlinga arcymagiem swojej profesji.

Jako największy zaszczyt chyba każdy reporter traktuje jednak nazwanie go tłumaczem kultur. Idlinga można przewrotnie mianować doskonałym tłumaczem całkowitego braku kultury, niepojętego barbarzyństwa, które wydarzyło się na oczach tak zwanego cywilizowanego świata i którego racjonalnie wytłumaczyć się nie da. Szwedzki reporter pokazuje jednak tamte realia w sposób tak obrazowy i dokładny, że czyni ich odbiorcę niemal świadkiem opisywanych wydarzeń i wyposaża go w cenny kompas w postaci gruntownej wiedzy historycznej. Uśmiech Pol Pota łączy w sobie rzetelny materiał faktograficzny z wysokiej klasy kunsztem artystycznym, tworząc pokazową, lecz nie schematyczną realizację gatunku, który nazywamy reportażem literackim. Warto wspomnieć, że mimo poważnej tematyki książki, autor nierzadko daje czytelnikowi chwile wytchnienia i nie stroni także od lżejszych fragmentów. Jako jedną z anegdot przytacza rysunek satyryczny, który przedstawia amerykańskich polityków rozmawiających o innym zbrodniarzu z Kambodży, generale Lon Nolu. Rysunkowy Kissinger mówi do Nixona: O Lon Nolu wiemy tylko tyle, że pisany od tyłu też się nazywa Lon Nol. Na szczęście o Pol Pocie wiemy już dużo więcej.

***

Jako śródtytuły wykorzystałam fragmenty książki oraz cytowane w niej hasło propagandowe Czerwonych Khmerów.

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach serwisu Lektury Reportera.