środa, 20 lutego 2013

Tove Jansson "Uczciwa oszustka"

KŁAMSTWA PANI T.

Przyzwyczajona do muminkowego stylu Tove Jansson nie spodziewałam się, że Uczciwą oszustką, jej książką dla dorosłych, zdoła mnie (osobę bądź co bądź dorosłą) w jakikolwiek sposób oszukać. Jak w wielu wypadkach, rzeczywistość okazała się jednak rozczarowująca. Zwiedziona zapowiedziami wydawniczymi szykowałam się na historię dwóch kobiet ze skandynawskiej wioski, dodając już od siebie przypuszczenie graniczące z pewnością, że będzie to opowieść przyjemna, mądra i jasna, w sam raz do przeczytania w zimowy wieczór.  Byłam niemal przekonana, że znowu zabieram się do książki o muminkach, wprawdzie dorosłych i przebranych za ludzkie postacie, ale wciąż żyjących w klarownym, poukładanym świecie pełnym przyjaźni, spokoju i dobra.

Przyjmując takie nastawienie, zachowałam się jednak chyba jak całkiem niedorosły muminek. Jedyne, co Uczciwa oszustka ma wspólnego z książkami Tove Jansson dla dzieci, to prosty, przejrzysty język złożony z krótkich zdań, a pozbawiony wyszukanych zabiegów stylistycznych. Sam klimat powieści, w domyśle osadzonej także w Skandynawii, ma w sobie niewiele z muminkowego świata. Przez każdą linijkę tekstu przeziera niepokój, lęk i niepewność. Relacji między dwiema bohaterkami nie potrafię w żaden sposób zdefiniować. Nieszczególnie mnie wciągnęło zderzenie przedziwnych charakterów wycofanej Anny Aemelin, ilustratorki książek dla dzieci i sprowadzającej się do jej domu Katri Kling, tytułowej „uczciwej oszustki”. Dziewczyna rozumie pojęcie uczciwości tak restrykcyjne, że kłamstwem jest dla niej nawet zwyczajna uprzejmość. Nie potrafi tym samym odnaleźć się pośród reguł rządzących współżyciem społecznym, zupełnie jakby cierpiała na jakąś formę zespołu Aspergera. Może w tym właśnie tkwi jej problem? Może moim problemem jest nieumiejętność wczucia się w tę historię, której tekst miejscami płynął mi przed oczami, nie pozostawiając po sobie nic prócz obojętności? Może jestem zbyt małym muminkiem, żeby znaleźć przesłanie w ciągnących się przez kolejne strony dialogach o aktualnie wykonywanych, prozaicznych czynnościach? A może raczej przeciwnie - za dużo już książek przeczytałam, żeby mieć w ogóle ochotę na takie poszukiwania? Nie wiem.

Wiem za to prawie na pewno, że pani Tove nie była do końca szczera, zapewniając na wstępie, że ani jedna z postaci w tej książce nie ma swojego pierwowzoru w rzeczywistości. Nie wmówi mi, że pani A. lubiąca rysować króliczki jako ilustracje do książek, nie jest po trosze panią T., lubiącą rysować muminki. Dosyć świeżo po lekturze Mamy Muminków (znakomitej i przepięknie wydanej biografii Tove Jansson autorstwa Boel Westin) ta analogia narzuca mi się sama, więc nie rozumiem idei zaprzeczania, że śnieg jest biały. Nie rozumiem też intencji wydawców z Naszej Księgarni, którzy pokarali tę książkę tak mdłą i banalną okładką, szpecącą obecnie także mojego bloga. Fanki harlequinów dopiero będą się czuły oszukane, kupując książkę skuszone okładką, która sugeruje taki właśnie rodzaj literatury... A jaki to faktycznie jest rodzaj? Trudno powiedzieć, ale ja będę wspominać Uczciwą oszustkę jako lutowe rozwianie muminkowych marzeń.

sobota, 16 lutego 2013

Michael Cunningham "Godziny"

KWIATY PANI D.

Pani Dalloway sama kupuje kwiaty, dba o dom i urządza przyjęcia. Tym samym, choć w innym czasie i przestrzeni, zajmują się bohaterki powieści Cunninghama: Virginia Woolf, Laura Brown i wspomniana pani Dalloway. Historia pewnego dnia rozpisana na trzy postacie wiodące jedno życie - przeciekające przez palce, skąpane w kwiatach, wypełnione poszukiwaniem szczęścia wśród zwykłych dni. Kolejne godziny wydają się czasem niewykorzystanych szans i odrzuconych możliwości, które nigdy nie powrócą. Pozostawiają po sobie ślad w postaci pokornej zgody na zwyczajne, uporządkowane życie albo żalu i nostalgii, która mogłaby wręcz zastąpić tytuł książki.

Niewiarygodne, że napisał ją mężczyzna, bo studium kobiecej duszy w trzech odsłonach jest naprawdę dogłębne i imponujące. Smutnym jest natomiast fakt, że nie przeczytałam tej książki wcześniej, ani przy okazji fascynacji Virginią Woolf, ani filmem „Godziny”. Kubeł zimnej wody wylał mi na głowę dopiero… Josh Radnor, który wspomniał w wywiadzie, że to właśnie może być książka, której ostatnie strony bohater „Liberal Arts” musiał przeczytać w każdej odwiedzanej księgarni. Teraz się temu nie dziwię – filmowy Josh żyje przecież wspomnieniami i przeszłością. Sama jednak wolę chyba strony środkowe: wyrwane z czasu niedokończone minuty, pełne niepokoju co do zakończenia, które i tak okaże się początkiem kolejnej i następnej, i jeszcze jednej godziny.