wtorek, 13 sierpnia 2013

Joanna Bator "Chmurdalia"

FIKSUM-DYRDUM I FIU-BŹDZIU


Fiksum-dyrdum i fiu-bździu – tak o Dominice Chmurze zwykła mówić jej matka. Tymi słowami można by również spróbować oddać charakter powieści Joanny Bator. „Chmurdalia” to książka odważna i szalona, która w gąszczu błahych historii zamyka prozę ludzkiego życia, a zarazem otwiera nas na rzekę możliwości, które to życie ze sobą niesie.

Dominika, główna bohaterka powieści, zawsze płynie pod prąd. Dziewczyna o duszy gwiezdnej i rozrzutnej, która w „Piaskowej Górze” wymyśliła na dachu wałbrzyskiego bloku z wielkiej płyty nieistniejącą krainę, Chmurdalię, w kolejnej książce Joanny Bator sama się w niej znajduje. Dominika wskutek wypadku samochodowego traci wrodzone zdolności matematyczne, jednak nie waha się odkrywać w sobie coraz to kolejnych, co staje się jej głównym talentem i cechą determinującą jej losy.  I tak bohaterka brodzi w truskawkowej masie w niemieckiej przetwórni owoców, zaprzyjaźnia się z potomkinią Hotentockiej Wenus i cukiernikiem-homoseksualistą, zawodowo czyta na głos książki nowojorskiej staruszce, z pasją fotografuje piękno i brzydotę ludzkich ciał.

Dla przeciwwagi jej matka, Jadzia Chmura, niezmiennie tkwi na wałbrzyskim blokowisku otoczona tymi samymi ludźmi, przedmiotami i historiami. Jadzia magazynuje czas w słoikach pod postacią konfitur z kolejnych lat, żyjąc tylko tą słodko-kwaśną przeszłością. Przyszłość planuje jedynie dla Dominiki, która za nic nie chce się poddać zamierzonemu i wymarzonemu przez matkę losowi. Kobiety nie są jednak swoimi czystymi przeciwieństwami, nie tkwią w ramach powieści osobno i nieruchomo jak na szalach wagi mitycznej Temidy. Wraz z licznymi bohaterami i bogatymi historiami ich życia odważnie się na nich huśtają, nadając narracji szalone tempo, ale i swoisty rytm odmierzany opowieściami kolejnych postaci.

„Chmurdalia” to pod wieloma względami powieść na opak. „Odyseja” na opak, jak informuje autorka na okładce książki, bo chociaż mówi się o podróżowaniu, Itaką okazuje się zupełnie inne miejsce niż rodzinny dom. Powieść rzeka, której nurt rwie się, zawraca, to znów ciągnie do przodu. Powieść tendencyjna, w której każdy Włóczykij jest dobry i szczęśliwy, w przeciwieństwie do niespełnionych mamuś Muminka, jednak najbardziej konserwatywna i praktyczna mama Dominiki kończy jako poetycka syrena.  Powieść o poszukiwaniu swojej tożsamości, w której znajduje ją nie tylko ten, kto najwytrwalej jej szukał.

W „Chmurdalii” dzieje się na przemian coś srebrnego, jak w wierszu Leśmiana, i coś bardzo nam bliskiego, zwykłego. Może właśnie z tego powodu czyta się tę książkę jednym, długim tchem, jednocześnie bujając w obłokach i stąpając po ziemi.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Hubert Klimko-Dobrzaniecki „Grecy umierają w domu”

UDAJĄC GREKA

Tęsknota jest uczuciem, które potrafi człowiekowi szczególnie boleśnie doskwierać. Poczucie braku czegoś, co uważamy za główny składnik naszego szczęścia, uniemożliwia osiągnięcie go na innych polach bądź innymi sposobami. Mimo to staramy się czasem szczęściu dopomóc, naiwnie udając, że jego substytuty są właśnie tym, czego pragniemy.

Bohaterowie powieści Huberta Klimko-Dobrzanieckiego „Grecy umierają w domu” tęsknią za swoim krajem, który musieli opuścić. Autor przedstawia dzieje rodziny reprezentującej ok. 14 tysięcy Greków, którzy przybyli do Polski (głównie na Dolny Śląsk) w ucieczce przed represjami grożącymi im po wojnie domowej toczącej się z przerwami w latach 1944-1949. Głównym bohaterem książki jest pięćdziesięcioletni pisarz, Sakis Sallas oraz jego rodzice żyjący już tylko we wspomnieniach.

To one mają stać się kanwą nowej powieści Sakisa i to w nich zawiera się najwięcej tęsknoty, nostalgii i smutku, ale też specyficznego humoru. Rodzice pisarza nigdy nie zapomnieli o swojej ojczyźnie, a próby jej przywołania poznajemy w licznych słodko-gorzkich historiach przytaczanych przez Sakisa. Mimo że wszyscy troje są rodowitymi Grekami, mogą tylko udawać przed sobą prawdziwych Greków, otaczając się fałszywymi rekwizytami lub udawać Polaków, próbując zadomowić się w obcym dla nich społeczeństwie. I tak matka Sakisa przygotowuje rodzime potrawy z ziemniaków i cebuli zamiast z liści winogron, a wyszywane na obrusach greckie wzory zamienia na kaszubskie. Przejmująca tęsknota jego ojca za melodią greckich cykad i niemożność zdobycia tego owada w Polsce, każą mu zaś nazwać Cykadą… kupioną w sklepie zoologicznym papugę.

Te i inne anegdoty z dzieciństwa wypełniają jeden plan czasowy powieści, drugi stanowi relacja Sakisa z pobytu w greckim domu pracy twórczej. W części rozdziałów bohater opowiada zatem o okolicznościach pisania książki, a w kolejnych książka ta pisze się sama. We wspomnieniach Sakisa na pierwszy plan wysuwa się jednak postać jego ojca, o którym wypowiada się czule, z miłością i odrobiną melancholii. Rudobrody ojciec-Posejdon jest dla niego autorytetem, synonimem męskości, a może i personifikacją wszystkiego, co greckie. Silnie zmitologizowana postać w niczym nie przypomina na wskroś negatywnych portretów ojców odmalowanych w niedawnej polskiej literaturze, choćby przez Kuczoka w „Gnoju” czy Karpowicza w „Gestach”.

Sakis Sallas ma jednak w sobie wiele z Grzegorza z „Gestów”. Obaj bohaterowie to nieżonaci, niezwiązani z nikim mężczyźni w średnim wieku, którzy boją się zakochać.  Zawodowo parają się pisaniem, choć do końca nie wiedzą, kim są i czego tak naprawdę pragną od życia. Obaj próbują odnaleźć swoją tożsamość pomiędzy wspomnieniami z przeszłości a zapowiedziami przyszłości spowitymi mgłą przemijania i śmierci. Odejście rodziców budzi w myślach bohaterów ducha Tanatosa, który nawiedza ich na licznych kartach powieści, budując klimat nostalgii i głębokiego smutku. Książki łączy nawet fragmentaryczna struktura narracji i niespodziewane, mocne zakończenie.

Powieść Klimko-Dobrzanieckiego to jednak nie tylko mroczny pamiętnik zagubionego pisarza. To przede wszystkim tekst o miłości do ojca, tęsknocie za nim i za utraconym (k)rajem, opowieść o Obcym na swojej i na obcej ziemi, traktat o wzorcu męskości, a także historia o meandrach pamięci, wierze w mity i poszukiwaniu własnej tożsamości. Książka „Grecy umierają w domu” powiela to, co najlepsze w twórczości Klimko-Dobrzanieckiego. Gawędziarski styl autora pozwala mu uczynić ciekawą najzwyklejszą anegdotę o jedzeniu ciastka, a egzotyczna, grecka sceneria (podobnie jak Islandia czy Wiedeń we wcześniejszych powieściach) stanowi tylko kostium, w który ubrane są uniwersalne, ludzkie sprawy. Połączenie interesującej i łatwej w odbiorze fabuły z ponadczasowym przesłaniem składa się na skromną, lecz ważną pozycję we współczesnej polskiej literaturze.


Recenzja ukazała się również na stronie independent.pl.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Peter Fröberg Idling "Uśmiech Pol Pota"

ŹLE SIĘ DZIEJE W PAŃSTWIE KHMERSKIM

Podobno Pol Pot, komunistyczny dyktator Kambodży i przywódca ekstremistycznego ugrupowania Czerwonych Khmerów, uśmiechał się w specyficzny sposób. Zmanierowany, obojętny grymas, polegający na lekkim opuszczeniu głowy i obnażeniu górnych zębów, przypominał jedynie nieudaną kopię tego, co nazywamy uśmiechem. Autor reportażu o reżimie Pol Pota, Peter Fröberg Idling, próbując zrobić taką minę przed lustrem, stwierdza, że wygląda jak kretyn. Jakim widzi zaś portret kambodżańskiego ludobójcy przez reporterskie szkiełko i oko, możemy przekonać się dzięki książce autorstwa szwedzkiego reportera Uśmiech Pol Pota. Łącząc najlepsze cechy literatury faktu i artystycznej narracji, Idling po mistrzowsku odmalowuje nie tylko wizerunek dyktatora, ale i towarzyszące jego rządom tło pełne złowrogich barw.

Zaczyna się gdzie indziej

Oprócz wydarzeń związanych z dramatem Kambodży Peter Fröberg Idling ukazuje także niechlubną kartę historii swojego kraju, którą odsłania już w podtytule: o pewnej szwedzkiej podróży przez Kambodżę Czerwonych Khmerów. Opisuje wyprawę czwórki lewicujących intelektualistów, którzy odwiedzają państwo dyktatury Pol Pota i wracają zachwyceni czerwoną rewolucją, nie dostrzegając (lub nie chcąc dostrzec), że zabarwiła ją krew zastępów zagłodzonych, zastraszonych i zamordowanych Kambodżan. Od tego zaczyna się książka, o ile w ogóle można powiedzieć, że się zaczyna, bo w reportażu Idlinga nie znajdziemy typowej, choćby dla powieści historycznej, chronologicznej narracji, logicznego następstwa zdarzeń czy ciągów przyczynowo-skutkowych.

Autor nieustannie przeplata plany czasowe, robi to jednak na tyle sprawnie, że tekst nie jest chaotyczny. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w jego wydaniu sprawiają wrażenie jednej, pulsującej przestrzeni, w której zanurzone są fragmenty historii Kambodży, biografii Pol Pota, rewolucyjnych haseł, relacji ocalonych czy wypowiedzi członków rodzimej delegacji. Spotkanie ze szwedzką wysłanniczką do Kambodży, Heddą Ekerwald, na które Idling wybiera się w pierwszej scenie książki, powraca dopiero po ponad 30 stronach. Wszystkie prezentowane czasoprzestrzenie są jednak ze sobą powiązane, a ich cyrkulacja świetnie wpisuje się w otwartą formę reportażu i czyni go ciekawym literacko. Przeplatając wątki, style i gatunki, autor wymaga od czytelnika pełnej koncentracji i zaangażowania w lekturę. Jednak kiedy damy ponieść się samemu tekstowi, nie skupiając się na obco brzmiących nazwiskach, miejscowościach i przerażająco dużych liczbach, książkę czyta się jednym tchem. Paradoksalnie opis pełen niebywałych potworności, które na dodatek wydarzyły się naprawdę, okazuje się narracją wciągającą jak najlepsza powieść przygodowa czy sensacyjna.

Łopata to twoje pióro, pole ryżowe to twój papier

Z tego, co jest piórem i papierem reportera, Idling nie robi tajemnicy. Na kolejnych stronach Uśmiechu Pol Pota czytelnik wraz ze swoim przewodnikiem dokopuje się do kolejnych informacji i ze szczegółami poznaje sposób, w jaki uprawia się zawód, uważany przez jego wykonawców za bardzo trudny. Idling śmiało odsłania kulisy tworzenia reportażu i na bieżąco relacjonuje proces jego narodzin, co daje wrażenie, że książka powstaje na naszych oczach. Autor jest w niej obecny także jako jeden z bohaterów, który przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, snuje historiozoficzne refleksje, prowadzi rozważania na temat istoty dziennikarstwa. Ilość wykonanej przez niego pracy reporterskiej jest godna uznania. Autor posługuje się źródłami pochodzącymi z różnych czasów i utrwalonymi w rozmaitych formach. Do napisania książki wykorzystuje m.in. urywki z gazet szwedzkich, kambodżańskich i amerykańskich, transkrypcje nagrań audycji radiowych i prywatnych rozmów telefonicznych polityków, fragmenty filmów, książek, dzienników, zeznań, zapisków z podróży, rewolucyjne slogany i przykazania, opisy fotografii i rysunków, relacje świadków, wywiady, wiersze, zasłyszane anegdoty, a nawet własne sny.

Wielość źródeł Ilding przekłada na gatunkową i stylistyczną różnorodność własnego tekstu, a także na jego fragmentaryczność. Na Uśmiech Pol Pota składają się 262 rozdziały, nazwane w autorskim posłowiu scenami, które bywają spisane w formie chłodnych relacji, pozbawionych komentarza urywków źródeł, pełnej napięcia fabuły rodem z powieści przygodowej, emocjonalnych wspomnień i refleksji czy też opatrzonych tytułami baśni (Baśń o helikopterze, Baśń o stalowym pręcie). Najciekawszym rozwiązaniem jest chyba przedstawienie jednego z rozdziałów w konwencji scenki dramatycznej z podziałem na role oraz didaskaliami zawierającymi uwagi co do wyglądu sceny (willi generała Lon Nola w Phnom Penh) i zachowania aktorów (Lon Nola i Henry’ego Kissingera). W innym fragmencie autor eksperymentuje z kolei z typografią, pomijając w tekście niektóre wyrazy, a w ostatniej linijce zostawiając same znaki interpunkcyjne.

Najczęściej jednak Idling posługuje się prostym, klarownym językiem i buduje krótkie zdania, dobitnie wyrażające fakty, które mówią same za siebie. Bogactwo stylów i gatunków tworzy typowy dla reportażu literackiego, a mimo to oryginalny kolaż, skonstruowany w taki sposób, że czytanie staje się przygodą, która nie szkodzi jednak poznaniu prawdy o niedostępnej nam rzeczywistości.

Interpretator, prestidigitator, dyktator


Czy reporter tworzy iluzję podobną do tej, której uległa czwórka Szwedów podróżujących po Demokratycznej Kampuczy Pol Pota? Mimo że Idling skrupulatnie relacjonuje proces tworzenia reportażu i odsłania przed czytelnikiem swój warsztat, ciągle dręczy go kwestia wiarygodności i odpowiedzialności za słowo. Do kategorii prawdy, która ma dla niego tak duże znaczenie, nawiązuje już w motcie zaczerpniętym z książki innego szwedzkiego pisarza: zapewniam was, to prawda. Jednocześnie na jednej ze stron tytułowych umieszcza kolejny, znamienny podtytuł: PROPOZYCJA, sugerujący jakby, że przedstawione wydarzenia są tylko pewną ofertą, którą można przyjąć lub odrzucić, zgodzić się z nią lub nie.

Taka postawę można nazwać swoistą asekuracją przed ewentualnymi zarzutami albo zwyczajną uczciwością wobec czytelnika, który oczekuje portretu Pol Pota non-fiction. Autor wielokrotnie dzieli się swoimi wątpliwościami, rozterkami w kwestii doboru słów (np. czy zamiana wyrazu zło na brak empatii uczyni tekst bardziej, czy mniej zrozumiałym?), nazywa siebie nieproszonym gościem wśród cudzych wspomnień, obawia się o ich nieuprawnione zawłaszczenie. Pyta, czy sam widzi ukazane analogie, bo chce, żeby tam były? Czy przedstawione wydarzenia można opowiedzieć inaczej, lepiej? Co ma począć z faktami, na które natrafił, z doświadczeniami, które przeżył? Idling mnoży takie pytania i zmusza odbiorcę do interakcji. Czyni lekturę przyjemną, ale w specyficzny sposób. Świat przedstawiony, w którym nie ma jasnych odpowiedzi i nic nie jest jednoznaczne, wymaga czytelnika aktywnego i gotowego do podjęcia wyzwania, jakie stawia przed nim tekst.

Kapuściński uznawał obiektywizm w pracy reportera za coś niemożliwego do osiągnięcia, Idling jednakże, gromadząc fakty z tak rozlicznych źródeł i nie ukrywając pojawiających się mimo to wątpliwości, zdaje się zbliżać do ideału. Szwed nie próbuje być nieomylnym sędzią, ale raczej przewodnikiem po faktach, w morzu których czytelnik mógłby się zagubić. Typowy dla autora sposób przekazu dobrze ilustruje przedstawianie przez niego statystyk. Idling nie zasypuje czytelnika suchymi danymi, nie grzęźnie w liczbach, które trudno sobie wyobrazić, lecz za każdym razem stara się je zobrazować i przybliżyć. Przykładowo mówi, że lista zmarłych Kambodżan na skutek terroru Czerwonych Khmerów w momencie odwiedzin szwedzkiej delegacji (1 milion 330 tysięcy), mogłaby wypełnić 34 książki takich rozmiarów, jak ta trzymana w rękach przez czytelnika albo prawie 13,5 tysiąca tej wielkości stron, podczas gdy kolejnych 3 700 czekałoby na tych, którzy mieli wkrótce umrzeć. Innym razem siłę eksplozji 2 756 941 bomb zrzuconych na Kambodżę porównuje do 183 bomb z Hiroszimy zrzuconych przez cztery lata na kraj wielkości połowy Szwecji.

Choć tego typu zabiegi mogą być uznane za tani dziennikarski chwyt i grę na emocjach odbiorcy wywołaną literacką iluzją, w przypadku reportażu Szweda takie posądzenia wydają się nieuzasadnione. Nawet jeśli reportaż miałby być swego rodzaju iluzją rzeczywistości, to Idling jako jej twórca nie ma w sobie nic z jarmarcznego kuglarza. Przywoływana wielokrotnie skrupulatność w gromadzeniu materiału faktograficznego, jego różnorodność i możliwie bezstronny, a zarazem ciekawy literacko sposób prezentacji czynią Idlinga arcymagiem swojej profesji.

Jako największy zaszczyt chyba każdy reporter traktuje jednak nazwanie go tłumaczem kultur. Idlinga można przewrotnie mianować doskonałym tłumaczem całkowitego braku kultury, niepojętego barbarzyństwa, które wydarzyło się na oczach tak zwanego cywilizowanego świata i którego racjonalnie wytłumaczyć się nie da. Szwedzki reporter pokazuje jednak tamte realia w sposób tak obrazowy i dokładny, że czyni ich odbiorcę niemal świadkiem opisywanych wydarzeń i wyposaża go w cenny kompas w postaci gruntownej wiedzy historycznej. Uśmiech Pol Pota łączy w sobie rzetelny materiał faktograficzny z wysokiej klasy kunsztem artystycznym, tworząc pokazową, lecz nie schematyczną realizację gatunku, który nazywamy reportażem literackim. Warto wspomnieć, że mimo poważnej tematyki książki, autor nierzadko daje czytelnikowi chwile wytchnienia i nie stroni także od lżejszych fragmentów. Jako jedną z anegdot przytacza rysunek satyryczny, który przedstawia amerykańskich polityków rozmawiających o innym zbrodniarzu z Kambodży, generale Lon Nolu. Rysunkowy Kissinger mówi do Nixona: O Lon Nolu wiemy tylko tyle, że pisany od tyłu też się nazywa Lon Nol. Na szczęście o Pol Pocie wiemy już dużo więcej.

***

Jako śródtytuły wykorzystałam fragmenty książki oraz cytowane w niej hasło propagandowe Czerwonych Khmerów.

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach serwisu Lektury Reportera.