poniedziałek, 14 października 2013

Jonathan Franzen "Korekty"

KSIĄŻKA Z DROGĄ W TYTULE

Droga jest długa, żmudna i mocno niedzisiejsza, jej celu ciągle nie widać, a mimo to zawsze znajdą się zapaleńcy, którzy chcą nią podążać.

Powieść realistyczna, podobno już dawno pochowana przez postmodernizm na cmentarzu literatury, odżywa w Korektach pod piórem Jonathana Franzena. Wszystko jest w niej po bożemu: przyczynowo-skutkowa narracja, umotywowani psychologicznie bohaterowie, szeroka panorama społeczna, polityczna i gospodarcza współczesności. Książka, która zgodnie z zamierzeniem autora powstała jako głos sprzeciwu wobec kultury obrazkowej, wzorowo spełnia swoją rolę. Przypomina, że seriale telewizyjne, programy typu reality show czy zdjęcia zamieszczane przez nas na portalach społecznościowych stosunkowo od niedawna są popularnym sposobem zatrzymania i odbicia rzeczywistości. Wcześniej taką funkcję spełniały przecież powieści. To w nich mogliśmy znaleźć ilustrację zarówno dobrze nam znanych, codziennych sytuacji, jak i głębokich, życiowych dylematów. Korekty szczegółowo i z rozmachem prezentują takie uniwersum ludzkich spraw na przykładzie dziejów amerykańskiej rodziny Lambertów u schyłku XX wieku. Seniorka rodu, Enid zaprasza do domu trójkę swoich dzieci: Denise, Chipa i Gary’ego, by móc wspólnie z nimi i schorowanym już mężem, Alfredem spędzić spokojne, tradycyjne święta Bożego Narodzenia.

Ostatni zajazd w St. Jude, rodzinnym mieście Lambertów, nie ma jednak w sobie nic z sielanki. Podobnie boleśnie i ponowocześnie robi się już wtedy, gdy przychodzi do głębszej charakterystyki sposobu życia postaci. Nie bez kozery na polskim gruncie do Franzena bywa porównywany Ignacy Karpowicz. Co robić? Jak żyć? Amerykańscy bohaterowie też tego nie wiedzą, mimo że przestrzeń ich działania jest ograniczona i uporządkowana tak solidną formą jak powieść, w której rządzą Przyczyna i Skutek, a wszystko ma swój Początek i Koniec. Problemy Lambertów zdecydowanie idą z duchem czasu. Niemal wszyscy cierpią na jakąś formę depresji związaną czy to z anhedonią, czyli niezdolnością do odczuwania przyjemności, czy starczą demencją i niedołężnością. Młodsze pokolenie poszukuje tożsamości pomiędzy własnymi potrzebami i pragnieniami a koniecznością tytułowej korekty stylu życia swoich rodziców. Poszukiwania te wiodą przez zawodowe wzloty i upadki, erotyczne przygody i poważne związki, przyjemności i nałogi, trudy rodzicielstwa i radości z sukcesów swoich pociech. Lambertowie-seniorzy żyją zaś przeszłością i złudzeniami, że mogą ją jeszcze poprawić. Teraźniejszość nie ma im bowiem wiele do zaoferowania poza samotnością i chorobą.

Każda z głównych postaci jest wiarygodna, bo poznajemy całą jej historię i widzimy w rozmaitych życiowych sytuacjach. Każda z takich sytuacji jest zaś opisana z pedantyczną wręcz szczegółowością, nawet jeśli chodzi o czynności tak błahe, jak choćby jedzenie kanapki. Wierność i dokładność w prezentowaniu rzeczywistości czyni z dzieła Franzena prawdziwe zwierciadło naszych czasów, choć wczytywanie się w taką mnogość szczegółów bywa momentami nużące. Historie bohaterów są jednak tak złożone i wzajemnie ze sobą powiązane, a język powieści tak przezroczysty, że książka niemal czyta się sama jak jedna, wielka opowieść, którą chce się poznać w całości, aż do samego końca.

Dziś nie ma jednak przecież nic ostatecznego, tak samo jak nie ma książki doskonałej. Zawsze znajdzie się coś do korekty, choć poprawianie Franzena musiałoby być bardzo opłacalnym zleceniem – obszernym objętościowo, ale niewymagającym wielu zmian.  A świata, jakim widzi go autor i jaki otacza nas na co dzień, chyba i tak nie da się już poprawić.

niedziela, 6 października 2013

Danilo Kiš "Encyklopedia umarłych"

CHODZĄCA ENCYKLOPEDIA

Dzisiejsza kartka martki, mimo tego, że jest kolejnym śmieciem wyciągniętym z polonistycznej szuflady, będzie zapowiadać następny wpis, który wkrótce się tu pojawi. Nie odmówię sobie przecież napisania kilku zdań o książce, która wypełnia swoimi zdaniami prawie 700 stron i zajmuje znaczną część mojej weekendowej (nie)aktywności. Tytułu na razie nie ujawniam, choć jest on dla mnie znaczący, za to przypominam tytuł (niestety!) mało znany, a ważny nie tylko dla refleksji o poznawczej funkcji literatury, którą właśnie się zajmę.

W tradycji teoretycznoliterackiej istnieje bowiem przekonanie, że ta rola literatury jest niewątpliwym faktem i istotną wartością. Dzieło literackie zwykło się postrzegać jako zapis realności. Książka niczym zwierciadło przechadzające się po gościńcu ma odbijać świat zewnętrzny i odsyłać do rzeczywistości. Jednak czy Stendhalowski gościniec nie jest dziś zbyt zatłoczony ogromem wydarzeń, tętniący życiem stąpających po nim ludzi, zmienny i nieprzewidywalny, by nadal mógł dać się zatrzymać na powierzchni lustra lub kartki w kajecie pisarza?

Wiele do powiedzenia w tej kwestii ma pewien bałkański pisarz, Danilo Kiš. Jego mało znana w Polce twórczość często porusza właśnie ten problem. W opowiadaniu Encyklopedia umarłych niemal słychać głos autora mówiącego: „a teraz pora na mały wykład o funkcjach poznawczych literatury”. Bohaterka utworu trafia bowiem do niezwykłej biblioteki, gdzie pośród niezliczonej ilości ksiąg, będących biografiami nieżyjących ludzi, znajduje życiorys swojego zmarłego ojca.

Kobieta zachwyca się obrazem świata zawartym w znalezionej przez nią książce, urzeka ją obfitość szczegółów, z których składa się życie, dokładny opis stosunków panujących między ludźmi, myśli, zdarzeń, krajobrazów. Pedanteria autorów Encyklopedii nie jest dla niej nużąca, wręcz przeciwnie – dostarcza głębokich wrażeń estetycznych. Okazuje się, że książka traktowana jako komunikat poznawczy, w tym wypadku Encyklopedia, nie musi być nudna jak… encyklopedia.

Autorami Encyklopedii oraz zapewne wieloma innymi pisarzami kieruje przeświadczenie o wyjątkowości wszystkich poszczególnych wydarzeń, które składają się na prawdę o życiu. Skoro nic dwa razy się nie zdarza, tym bardziej to, co się już zdarzyło, wymaga uwiecznienia, by było dostępne dla innych. Każde takie wydarzenie tworzy wspólną nam wszystkim historię, a suma losów ludzkich składa się na jakąś prawdę o życiu, która dzięki literaturze może być rozpowszechniona i dostępna. W Encyklopedii mówi się przecież nie tylko o detalach świata materialnego, ale i o stanach duchowych człowieka, poglądach na sprawy najważniejsze, o normach i wątpliwościach moralnych. W ten sposób Encyklopedia staje się metaforą literatury w ogóle, bowiem tak jak ona stara się uchwycić otaczającą nas rzeczywistość i zachować jej obraz dla innych.

Podobnie jak całość literatury, samo opowiadanie Kiša jest silnie zakorzenione w realnym świecie, ponieważ pomysł utrwalenia wszystkich szczegółów ulotnej rzeczywistości nie należy do bałkańskiego autora. W umieszczonym na końcu zbioru opowiadań Post scriptum informuje on o działalności archiwistów mormońskich z kościoła w Salt Lake City, którzy w podziemnych salach wywierconych w Górach Skalistych rejestrują nazwiska miliardów ludzi z całego świata i przechowują je na mikrofilmach. Podając taki komentarz, Kiš zdaje się sugerować, że idea ogarnięcia wszystkich detali ludzkiego życia jest możliwa w realizacji.

Ktoś mógłby jednak powiedzieć, że ostatecznie przygoda bohaterki opowiadania Kiša z nietypową encyklopedią okazuje się przecież tylko jej snem, a pomysł z odtworzeniem życia ludzkiego na papierze to ułuda, zatem pełnienie przez literaturę funkcji poznawczych także jest utopią. Jednak myśląc w ten sposób, równie dobrze można uznać, że cała nasza rzeczywistość jest snem, żyjemy w Matriksie i wszystko tylko nam się wydaje, a prawdziwe życie jest gdzie indziej. Takie pomysły pojawiają się w filozofii, literaturze i kulturze od wieków, a Danilo Kiš wcale nie próbuje być mądrzejszy od wielkich tego świata. Po prostu bardziej prawdopodobne wydaje się, że aby dowiedzieć się czegoś o życiu naszym i naszych znajomych nie trzeba wchodzić na Facebooka ani wkradać się do archiwum mormonów. Wystarczy otworzyć dowolną książkę.