sobota, 30 listopada 2013

M. Michalski, M. Wasilewski "81:1. Opowieści z Wysp Owczych"

WYSPY SZCZĘŚLIWE

Moja obsesja na punkcie Skandynawii skupiała się dotąd głównie na Islandii, zahaczając jedynie o Szwecję i Finlandię, gdy było blisko do Muminków, a o Norwegię, kiedy na horyzoncie pojawiał się film Joachima Triera. Reportaż Marcina Michalskiego i Macieja Wasilewskiego 81:1. Opowieści z Wysp Owczych od dawna okupował szczytowe pozycje na liście książek do przeczytania, a moja wiedza o Farerach ograniczała się do przypuszczeń, że zajmują się wypasem owiec i mieszkają w domkach z dachami krytymi trawą. Po lekturze książki panów M. okazało się jednak, że nie tylko Islandia jest skandynawską wyspą, którą warto się fascynować, bo na pewnym archipelagu o powierzchni Londynu i liczbie mieszkańców Skierniewic są sprawy dużo ciekawsze niż białe zwierzątka z rodziny krętorogich.

Nie da się ukryć, że książka jest bardzo nierówna. Może wynika to z odmiennych stylów i osobowości dwóch autorów, może z bogactwa informacji, które zawarli na nieco ponad 300 stronach. Książkę można nazwać reportażem tylko dlatego, że to gatunek bardzo elastyczny i pojemny.  W Opowieściach z Wysp Owczych znajdziemy mnóstwo anegdot, spisanych "na gorąco" notatek z podróży, historycznych faktów, danych statystycznych, urywków rozmów, a nawet scenariusz polsko-farerskiej telenoweli. Przekazywane na tyle odmiennych sposobów historie są w większości barwne i wciągające, ale zdarzają się także te kompletnie pozbawione puenty. Różnorodność książki stanowi o jej złożonym, a przez to interesującym charakterze, w którym trudno jednak uniknąć odrobiny chaosu. Czasem wydaje się, że autorzy przedstawili w książce największe jaskrawości Wysp Owczych, jednak nawet tendencyjny wybór nie jest przecież w tym przypadku mówieniem nieprawdy. W istocie bardzo ciekawym zabiegiem jest zestawienie najbardziej niezwykłych, niekiedy wręcz szokujących informacji o społeczeństwie, którego członkowie wiodą stabilny i rutynowy żywot człowieka poczciwego.

Między wierszami utopijnego peanu na cześć Wysp Owczych przewija się dość gorzki pamflet na resztę współczesnej cywilizacji. Z socjologicznego punktu widzenia książka Michalskiego i Wasilewskiego to także ciekawa analiza małej, zamkniętej społeczności, pozostającej pod wpływem, a jednak odciętej od wielkiego świata. Studium szczególnego rodzaju samotności i po trosze wyprawa w głąb ludzkiej natury, do której można się zbliżyć tylko uciekając od codziennego zgiełku, banału i fałszu.

Uciekam przed tą bylejakością do krainy imbirowych ciastek i barwionych fioletem owiec, gdzie histeryczne banery przegrywają w starciu z korkowymi tablicami, gdzie nie będą mnie kąsały komary zatrudnione w pionie marketingu, gdzie telewizja nadaje sześć godzin na dobę, gdzie pod intelektualistów nie podszywają się półanalfabeci z Bergmanem w awatarze, gdzie ludzie wymieniają serdeczności, a nawet szanują się nawzajem. Uciekam do krainy baśni, do świata ogrodowych elfów, w poszukiwaniu tego, co zwykliśmy nazywać prawdziwością[1].

Mimo tak wyraźnej separacji na mapie Europy i politycznej zależności od Danii nie może być mowy o zacofaniu Wysp Owczych. Wśród ich mieszkańców powszechna jest znajomość duńskiego i angielskiego (prócz oczywiście farerskiego), niemal wszyscy Farerowie korzystają z internetu i żyją we względnym dobrobycie. Jeśli emigrują, to nie za chlebem, ale z nudów. Trudno jednak uwierzyć w wyspiarską nudę na podstawie pełnej ciekawostek książki dwóch Polaków. Nie chcąc psuć zawartych w ich reportażu niespodzianek, zdradzę tylko kulisy umieszczonego w tytule wyniku 81:1 – tak kosmiczny rezultat osiągnęła farerska reprezentacja kobiet w piłce ręcznej w meczu z Albanią. Grzechem byłoby też nie wspomnieć o dziewiczym pięknie krajobrazu wysp. Doskonałość natury jest momentami opisana tak plastycznie, że pewnie trudno na nią patrzeć bez bólu, a czytać można tylko przy muzyce Sigur Rós i z wierszem Gałczyńskiego na ustach. Prośba Marcina Michalskiego i Macieja Wasilewskiego o wyspy szczęśliwe została w zupełności spełniona, a książka 81:1. Opowieści z Wysp Owczych jest tego najpiękniejszym świadectwem. 



[1] M. Michalski, M. Wasilewski, 81:1. Opowieści z Wysp Owczych, Wołowiec 2011, s. 264.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Zygmunt Bauman, David Lyon "Płynna inwigilacja. Rozmowy"

ROZMOWY KONTROLOWANE

Bystre oko Wielkiego Brata, wyczuwalny na ramieniu oddech stalkera, groza bijąca od strażnika z więziennej wieży. To tylko niektóre zjawiska, które zwykliśmy kojarzyć z pojęciem inwigilacji. Bycie śledzonym, monitorowanym czy podsłuchiwanym, a więc całkowite poddanie się czyjejś kontroli, uważaliśmy za stan jednoznacznie negatywny, bo pozbawiający przynależnej nam wolności i prawa do prywatności. Jak kwestie te mają się w dzisiejszych czasach, nazywanych przez Zygmunta Baumana płynną nowoczesnością? Punkt widzenia wybitnego socjologa poznajemy dzięki rozmowom z innym badaczem, Davidem Lyonem, zawartym w książce Płynna inwigilacja. Rozmowy.

W zapisie dialogu między dwoma myślicielami zdecydowanie wyraźniej słychać głos Baumana, któremu Lyon umiejętnie zadaje pytania i trafnie komentuje jego diagnozy. Szkocki socjolog jest też autorem bardzo użytecznego wprowadzenia, gdzie wyjaśnia kluczowe pojęcia z zakresu teorii płynnej nowoczesności i przedstawia tematykę kolejnych rozmów. Dzięki temu książka jest przystępna również dla czytelników niezaznajomionych z socjologią Baumana. Formy współczesnej inwigilacji są za to bliskie każdemu z nas, choć nie zawsze uświadamiamy sobie ich wpływ na nasze życie.

Mimo że rozmówcy specjalizują się w naukach społecznych, nie stronią też od literatury, fundując nam przegląd metafor inwigilacji od Franza Kafki do George’a Orwella. W odniesieniu do zjawisk współczesnych Bauman często posługuje się przykładami zaczerpniętymi z powieści Michela Houellebecq’a, pokazując jak głęboko kwestie związane z rozważanymi zjawiskami wniknęły w naszą kulturę. Rozmowa myślicieli nierzadko zmierza ku dygresjom, tak charakterystycznym dla pisarstwa Baumana. Ten wywiad-rzeka odznacza się niezwykle wartkim i wciągającym nurtem właśnie dzięki licznym odniesieniom do codzienności i czerpanym z niej przykładom przedstawiającym istotę dzisiejszej, płynnej inwigilacji.

Wyraźnie widać to już w pierwszej rozmowie, która jest poświęcona serwisom społecznościowym. Choć fenomen Facebooka doczekał się już bogatego dyskursu, warto spojrzeć na niego jeszcze raz z perspektywy Baumana. Dzięki temu przykładowi, choć oczywiście pojawiają się następne, dowiadujemy się, że obecna postać inwigilacji to próba odpowiedzi na tkwiącą w ludziach potrzebę bliskości i bezpieczeństwa, której zmienny i nieprzewidywalny świat nie jest w stanie zaspokoić. W kolejnych rozmowach autorzy odnoszą się do sfery nowych mediów, konsumpcjonizmu, rozważają też etyczne i moralne aspekty inwigilacji. Okazuje się, że w wielu wypadkach poddanie się dobrowolnej niewoli nie następuje pod wpływem szaleństwa, ale za namową zdrowego rozsądku.

Nie chcę zdradzać wszystkich wniosków autorów książki, bo obserwowanie procesów myślowych dwóch mistrzów socjologii to dla czytelnika nie tylko nie lada wyzwanie, lecz także duża przyjemność. Dialog Baumana i Lyona, choć zasadniczo dotyczy zjawiska inwigilacji, na pierwszy rzut oka może nieco abstrakcyjnego, jest głęboko zanurzony w rzeczywistości dobrze nam znanej. W centrum rozważań socjologów zawsze pozostaje człowiek, obywatel świata płynnej nowoczesności, będącej przestrzenią nieograniczonych szans i możliwości, ale także źródłem nowego rodzaju niepokojów i zagrożeń. Podobna dychotomia cechuje współczesne formy inwigilacji. Płynność i nieprzejrzystość dominujących dziś metod monitorowania, podsłuchiwania i szpiegowania znacznie utrudnia od nich ucieczkę. W dobie wszechobecnego lęku przed samotnością i wykluczeniem wątpliwe wydaje się jednak, by ktokolwiek jeszcze chciał się jej świadomie podjąć.

***

Recenzja została pierwotnie opublikowana na stronie literatki.com


poniedziałek, 11 listopada 2013

Alice Munro "Widok z Castle Rock"

Z DALEKA WIDOK JEST PIĘKNY  

Z daleka widok jest piękny: malownicze wzgórza Szkocji, błękit rozległego oceanu, obiecujące wybrzeże Ameryki. Podróż taką trasą odbywają przodkowie Alice Munro, których tegoroczna noblistka uczyniła bohaterami książki „Widok z Castle Rock”. Jak ich losy wyglądają z bliska? Ciepło i bezpiecznie, bo choć wszyscy muszą zmagać się z rozmaitymi trudami życia, czuwa nad nimi pióro niezwykle wyrozumiałej i wrażliwej autorki.  

Alice Munro opisuje dzieje własnej rodziny w dwunastu powiązanych ze sobą opowieściach. Autorka nie trzyma się sztywno kronikarskich faktów, lecz śmiało puszcza wodze wyobraźni, jedynie bazując na wspomnieniach przodków. „Widok z Castle Rock” nie jest zatem typowym dla pisarki zbiorem opowiadań, a swego rodzaju sagą rodzinną, w której wiara w duchy ze szkockich wiosek miesza się z wiarą w amerykański sen. 

Czas akcji obejmujący tak długi okres w historii oraz umiejscowienie jej na dwóch kontynentach pozwala autorce ukazać bohaterów w rozmaitych życiowych sytuacjach. W pierwszej z dwóch części książki Munro przenosi nas do XIX-wiecznej Szkocji, gdzie jej protoplaści, Laidlawowie, wiodą życie górskich pasterzy. Powszedniość ich doli przeplatają wspomnienia o jeszcze wcześniej żyjących przodkach, czasem bardzo wdzięczne i barwne, jak choćby to o Willu O’Phaupie, ostatnim na ich ziemi człowieku, który rozmawiał z elfami. Codzienne życie rodziny przebiega jak ustalony rytuał, zgodnie z rytmem przyrody i zajęć w gospodarstwie. Prostota i ubóstwo losu Laidlawów nie oznacza jednak miałkości ich charakterów. Bohaterowie zdobywają się w końcu na odwagę, żeby przebyć cały ocean w poszukiwaniu lepszego życia. Długa morska podróż, podczas której przychodzi na świat kolejna członkini rodu, wieńczy pierwszą część „Widoku z Castle Rock”. 

Druga przedstawia historię bliższej rodziny autorki i wspomnienia samej Alice Munro obejmujące jej młodość i dorosłe życie aż po lata 90. XX wieku. Pisarka opowiada o swoich pierwszych miłościach, małżeństwie rodziców i dziadków, relacji z ojcem i pracy w charakterze służącej, od której uciekała w świat coraz bardziej fascynujących ją książek. Dobrze wie, że roztoczone wokół niej zielone wzgórza to te same, po których biegała rudowłosa Ania Shirley. Sama niejednokrotnie wybiega poza krąg pętających ją konwenansów i ograniczeń, choćby chodziło o zwykłą jazdę rowerem. Autorka pokazuje świat powoli zmieniającej się obyczajowości, w którym można już po cichu rozmawiać o seksie, ale przed ślubem nadal trzeba przyrzec babci, że będzie się dobrą żoną dla swojego męża. Umiejętnie przedstawia dobrze nam znaną przestrzeń skomplikowanych relacji międzyludzkich, w której miłość jest coraz trudniejsza. 

Mimo pokaźnej ilości bohaterów, autorka z uwagą przygląda się każdemu z nich z osobna, wczuwając się w jego emocje, myśli, lęki i marzenia. Intymna perspektywa czyni jej opowiadania ciekawymi, choć przesadne wydają mi się umieszczone na okładce książki określenia „trzymające w napięciu, zaskakujące, ściskające gardło”. „Widok z Castle Rock” to proza niezwykle wyciszona, stonowana i pełna refleksji, a narracja prowadzona jest prostym, niemal przezroczystym językiem. Trudno tu o zaskakujące zwroty akcji, lecz nie o to przecież chodzi w pisarstwie Kanadyjki. Sposób, w jaki przedstawia emocje i przeżycia bohaterów, zdaje się składać na uniwersalne ludzkie doświadczenie i choćby cząstkową prawdę o człowieku, co stanowi największą siłę twórczości Alice Munro. 

poniedziałek, 4 listopada 2013

Milan Kundera "Śmieszne miłości"

KTO SIĘ ŚMIEJE OSTATNI?

Jak iść przez teraźniejszość z zawiązanymi oczyma?  Jak nasze zamiary mają się do rzeczywistości? Który świat jest pozorem, a który odbiciem prawdziwych zdarzeń? Jak silne są złudzenia, w które święcie wierzymy? Jaki obraz samego siebie widzimy w oczach innych? Ile jesteśmy w stanie zaryzykować lub poświęcić, by odmalować ten portret w najjaśniejszych barwach?


Przede wszystkim o tych sprawach, wbrew tytułowi, traktuje Milan Kundera w zbiorze opowiadań Śmieszne miłości. Pośród powyższych pytań kryje się oczywiście kilka miłości, lecz wydaje się, że bardziej bylibyśmy skłonni nazwać je miłostkami, romansami czy flirtami napędzanymi ambicją i pożądaniem. To właśnie one stanowią reguły gry, którą zdaniem Kundery jest ludzkie życie, mające sens na tyle, na ile potrafimy się nim bawić, ryzykować, poszukiwać. Poprzez słodko-gorzkie historie swoich bohaterów autor bezlitośnie kpi z młodzieńczej naiwności i idealizmu, nie zostawiając suchej nitki zwłaszcza na micie romantycznej miłości. Ten demaskuje na tyle sposobów, że właściwie zapominamy o jego istnieniu. Ktokolwiek zaś w niego uwierzy, jest skazany tylko na śmieszność.

Charakter tej śmieszności oddaje już podtytuł tomu: Anegdoty melancholijne. Czytając zawarte w nim historie, owszem, niejednokrotnie można się uśmiechnąć czy nawet zaśmiać, jednak po namyśle okazuje się, że to śmiech przez łzy płynące na widok ludzkiej głupoty, naiwności i bezradności w zmaganiach z życiem. Pod względem konstrukcji opowiadania są dość różnorodne: pisane jednym ciągiem lub z podziałem na minirozdziały opatrzone tytułem bądź tylko numerem, jedne z wyraźną puentą, inne jakby urwane w połowie zdarzeń. Fabularnie i ideowo są jednak do siebie na tyle podobne, że czyta się je jak pełną ironii powieść o ludziach uwikłanych w nierówną grę, jaką jest życie. Jeśli ktoś się w tym wszystkim śmieje, to kto się śmieje ostatni? Lekkie w lekturze i frywolne w treści opowiastki łatwo mogą dać pozór, że z tej gry można jakoś wyjść suchą nogą. Okrutna prawda leży jednak na dnie jeziora goryczy, rozczarowań i absurdów.

Mimo całego wdzięku opowiadań Kundery, umieściłabym je jednak na marginesie jego twórczości. Podjęte tu tematy w sposób pełniejszy, głębszy i wielowymiarowy pisarz rozwija jednak w powieściach – Żart, Nieznośna lekkość bytu czy Życie jest gdzie indziej. Nie znaczy to wcale, że opowiadań nie warto przeczytać, przeciwnie – zapiski na marginesach nierzadko bywają przecież tak błyskotliwe, zabawne czy awangardowe, że nie mieszczą się w głównym nurcie. Śmieszne miłości pod tym względem nie rozczarowują.

Na marginesie mojej notatki pochwalę natomiast nowe wydanie książki, które bije na głowę poprzednią edycję PIW-u torturującą fanów Kundery bardzo drobnym i gęstym drukiem.  Sympatyczne było jeszcze starsze, katowickie wydanie Śmiesznych miłości w serii Biblioteki Pisarzy Czeskich i Słowackich ze świetnym wstępem Witolda Nawrockiego i kolażowymi ilustracjami z Moną Lisą w roli głównej. Chwała jednak wydawnictwu W.A.B. za pomysł wznowienia całego dorobku Kundery i to w tak gustownej formie. Nic, tylko czekać na kolejne tomy.