wtorek, 16 grudnia 2014

Lars Saabye Christensen "Półbrat"

PRAGNIENIE PEŁNI

Czego można się spodziewać po opasłym tomie norweskiego autora? Lęk przed ponad 900-stronicową lekturą po pierwszych kartkach zamienia się w głód i radosne oczekiwanie na więcej, a pod koniec książki w żal, że tak szybko się kończy. Christensenowi udało się w Półbracie w pełni osiągnąć to, co stanowi o dobrej powieści: połączyć ciekawą fabułę i psychologiczną głębię w płynną, wciągającą narrację.

Rzecz zaczyna się u schyłku wojny, w 1945 roku, kiedy niektórzy mieszkańcy Oslo radośnie palą w kominku dzieła sprzymierzeńca nazistów Knuta Hamsuna. Głównego bohatera książki, jednego z tytułowych półbraci, poznajemy jednak już w czasach współczesnych, kiedy jako scenarzysta bierze udział w festiwalu filmowym w Berlinie. Dalsza część powieści to obszerna retrospekcja, która przedstawia losy Barnuma Nilsena i jego rodziny: matki Very, ojca Arnolda, przyrodniego brata Freda, babci i prababci oraz najlepszych przyjaciół: Pedera i Vivian. Półbrat koncentruje się na okresie dorastania chłopca dręczonego rozmaitymi kompleksami – od dziwnego imienia i niskiego wzrostu po tajemnicze interesy ojca i niechlubną historię rodziny.

Dzieje Barnuma można czytać jako opowieść o poczuciu niepewności i niepełności. Bohater nieustannie w siebie wątpi i szuka miejsca, w którym stanie się cały. „W ogóle miałem wątpliwości, czy istnieje coś, co można nazwać mną, w ponurych chwilach uważałem siebie za ograniczoną ilość mięsa funkcjonującego pod nazwą Barnum” – wyznaje. Stany te czasem podsyca, a czasem łagodzi fakt posiadania przyrodniego brata – kogoś jednocześnie bliskiego i obcego. Postać Freda to jedna z bardziej tajemniczych i niejednoznacznych figur powieści. W dużej mierze dzięki niej Półbrat to także książka o tym, że człowiek zawsze jest skazany na samotność, bo nie ma możliwości prawdziwego poznania drugiego człowieka. Choć w powieści pojawiają się sceny ironiczne i humorystyczne, liczne aluzje filmowe, a jej klimat nie jest do końca po skandynawsku ponury, ogólny wydźwięk wydaje się jednak pesymistyczny. Właściwie każdy bohater zmaga się z samym sobą na tyle zawzięcie i rozpaczliwie, że bycie człowiekiem zostaje w książce nazwane pokutą.

Powieść odbiera się jako niezwykle prawdziwą i szczerą, choć nieustannie przewijają się przez nią dwie sentencje, które mogłyby stanowić jej motto: „Świat pragnie być oszukiwany. Niechaj więc będzie oszukiwany” oraz „Najważniejsze jest wcale nie to, co widzisz. Tylko to, co wydaje ci się, że widzisz”. Wartość książki Christensena zdecydowanie nie jest złudzeniem albo autor jest oszustem doskonałym, któremu i tak należą się brawa. Norweski pisarz tylko w pewnym stopniu kontynuuje wielkie tradycje skandynawskich sag rodzinnych i epickich opowieści w rodzaju Błogosławieństwa ziemi Hamsuna czy A lasy wiecznie śpiewają Gulbranssena. W Półbracie z łatwością dostrzeżemy rozmach i realizm podobny dawniejszym utworom, jednak nad opisami przyrody zdecydowanie dominuje krajobraz wewnętrzny bohaterów. Trudno zresztą o peany na cześć natury czy pracy na roli, skoro rzecz dzieje się głównie w Oslo. Jeśli Półbrata można nazwać sagą rodzinną, to na wskroś współczesną i z naciskiem na psychologizm postaci.

Książka Christensena idealnie wpisuje się za to w nurt skandynawskich powieści realistycznych, które ostatnio zdobywają serca polskich czytelników. Po tegorocznym sukcesie pierwszego tomu Mojej walki Knausgårda i Stulecia Wassmo, wznowienie Półbrata to kolejny strzał w dziesiątkę. Powieść jest godna uwagi nie tylko jako przedstawicielka pewnego gatunku. To znakomita i uniwersalna opowieść o dorastaniu, przyjaźni i rodzinnych relacjach, a jednocześnie o samotności i wyobcowaniu.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Susan Sontag "Pod znakiem Saturna"

ŻYCIE I INTERPRETACJA

„Nie można interpretować dzieł pisarza, patrząc przez pryzmat jego życia. Można jednak zinterpretować życie za pomocą dzieł”. Ta myśl Susan Sontag to dobry trop do odczytania jej książki Pod znakiem Saturna. Drogi prowadzące do analizy esejów amerykańskiej autorki są jednak tak liczne i rozległe, jak jej horyzonty myślowe. Teksty poświęcone pięciu pisarzom i dwojgu twórcom filmów składają się na wspaniałą intelektualną ucztę, do czego Sontag zdążyła nas już przyzwyczaić wcześniej wydanymi w Polsce zbiorami: Przeciw interpretacji, O fotografii, Widok cudzego cierpienia.

Siedem esejów z 1980 roku domagało się polskiego tłumaczenia. Pod znakiem Saturna zawiera nakreślone z pasją, a czasem poparte osobistymi wspomnieniami teksty, których bohaterami są kolejno: Paul Goodman, Antonin Artaud, Leni Riefenstahl, Walter Benjamin, Hans-Jürgen Syberberg, Roland Barthes i Elias Canetti. Sylwetki twórców nie są jednak typowymi biogramami, a komentarzom do ich dzieł daleko do przewidywalnych interpretacji. Tym, co stanowi o wyjątkowości esejów Sontag, jest próba połączenia życia i twórczości poszczególnych artystów we w miarę spójną całość. Doskonale widać to na przykładzie tytułowego eseju traktującego o Walterze Benjaminie, wybitnej osobowości obdarzonej melancholicznym temperamentem. Nie mniej ciekawy jest kontrastujący z nim tekst o wielkim miłośniku życia i sztuki przyjemności, Rolandzie Barcie. W fascynujący sposób autorka rozważa związki między etyką i estetyką, analizując propagandowe filmy Leni Riefenstahl, które ta zrealizowała w Niemczech w latach 30. Obecności faszyzmu w wybitnych dziełach sztuki Sontag poświęca też frapujący esej, będący interpretacją filmu Syberberga, Hitler. Film z Niemiec.

Każdy z rozdziałów książki stanowi zamkniętą całość, więc właściwie można je czytać oddzielnie, w dowolnej kolejności. Po lekturze zbioru od deski do deski zyskujemy jednak doskonały obraz tego, co można inspirująco i mądrze powiedzieć na temat związków dzieła i twórcy, moralności i piękna, sztuki i historii. Eseje spod znaku Saturna trudno jednak sprowadzić do tak prostych podsumowań. Dla czytelników niezaznajomionych z twórczością poszczególnych postaci książka Susan Sontag będzie stanowiła idealne wprowadzenie, a dla bardziej zaawansowanych – świeże, niebanalne spojrzenie na dane zagadnienie. Pod znakiem Saturna to książka wymagająca, której lektura przynosi intelektualne pobudzenie, inspirację i zachwyt.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

czwartek, 4 grudnia 2014

Magdalena Budzińska "Zapomniane słowa"

SŁOWNIK RETRO

„Zapomniane słowa” to z założenia lektura sentymentalna, ale daleka od banału. Znani pisarze, artyści i naukowcy przypominają wyrazy, które wyszły już z codziennego użytku. Antologia pod redakcją Magdaleny Budzińskiej to niezwykle interesujący zbiór proustowskich obiektów, które pobudzają pracę pamięci i przywołują wspomnienia.

Wizyta na cmentarzu słów należy do refleksyjnych, choć niekoniecznie smutnych. Uśmiech na twarzy wywołuje już samo brzmienie niektórych wyrazów: ancymonki, bonie dydy, łapserdak, pozłotka, szmizetka. Zabawne bywają również związane z nimi historie przytaczane przez autorów książki. Często są to osobiste anegdoty wybitnych ludzi rodzimej kultury (Marka Bieńczyka, Olgi Tokarczuk, Mariana Pilota, Janusza Deglera i innych), czasem rozbudowane rodzinne opowieści („Beresić” Stanisława Beresia). Znajdzie się też esej historyczny („Braterstwo” Karola Modzelewskiego) czy naukowe opracowanie zagadnienia leksykalnego na wesoło („Obelgi, wyzwiska, wymysły” Przemysława Czaplińskiego). Każdy fragment antologii jest oryginalny i napisany z pasją, co sprawia, ze przeczytają go z przyjemnością wszyscy amatorzy polszczyzny.

Książka zapewnia wgląd nie tylko w historię języka, ale i w przemiany obyczajowości. „W dezabilu” mogła być Mickiewiczowska Zosia podczas przypadkowego spotkania z Tadeuszem. Obecnie granice intymności przesunęły się na tyle, że można po prostu powiedzieć, że była w bieliźnie. Gdzie szukać dziś „facecjonistów”, skoro zniknęły kawiarnie z dawnych lat? Odpowiedzi na to pytanie udziela Hanna Samson: „Nie tylko słowa znikają lub gubią znaczenie. Giną światy”. Antologia prezentuje opowieści, które nie wszyscy mieli szanse usłyszeć od swoich babć czy dziadków. Warto przeczytać te odnoszące się do poszczególnych słów, bo przecież każdy kawałek świata, również tego minionego, zamyka się w granicach danego języka.

Koncepcja książki opiera się na prostym, ale trafionym pomyśle Magdaleny Budzińskiej. Treść antologii jest uroczo staroświecka i niemodna w podobny sposób, co ubrania czy biżuteria w stylu retro. Przyjemnie zawiesić wzrok na słowach i czasach, które odeszły już w niepamięć.

***

Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl

wtorek, 18 listopada 2014

Etgar Keret "Siedem dobrych lat"

DOMY KERETA

Dom Kereta to nie tylko znana instalacja artystyczna w centrum Warszawy. To każde miejsce, w którym izraelski pisarz przebywa ze swoimi najbliższymi: żoną, ojcem i synkiem Lwem. Relacjom rodzinnym na tle konfliktu izraelsko-palestyńskiego autor poświęcił swój najnowszy zbiór opowiadań „Siedem dobrych lat”.

W domu Etgara Kereta zwykle jest ciepło i przytulnie, w rodzinnych rozmowach nie brakuje absurdalnego humoru, a codzienne problemy traktowane są z przymrużeniem oka. Bywa jednak, że dom drży w posadach od wybuchających nieopodal bomb czy przykrych życiowych sytuacji, jak choroba ojca. Opowiadania Kereta dzieją się na granicy tego, co intymne, osobiste i bliskie oraz spraw będących przedmiotem międzynarodowego zainteresowania. Sfera publiczna nieuchronnie wpływa na prywatną przestrzeń życia rodziny autora, a więc i na ton jego opowieści. Obok zabawnych anegdot związanych z dorastaniem syna czytamy zatem również o strachu, przemijaniu i śmierci.

Jak przystało na Kereta, nawet przemyślenia na trudne tematy są ujęte w lekką, zwięzłą formę. Na zaledwie kilku kartkach pisarz potrafi rozśmieszyć, zaskoczyć, przestraszyć i skłonić do refleksji. Książka skrzy się ironią i humorem, pełna jest błyskotliwych dialogów, niespodziewanych puent i zabawnych anegdot, dla których punktem wyjścia są zwykle wydarzenia związane z pierwszymi siedmioma latami życia syna autora. Opowiadania nabierają dzięki temu ciepłego, intymnego charakteru, mimo że całość płynnie łączy się z fragmentami poświęconymi wojnie. Kto by pomyślał, że książka o konflikcie izraelsko-palestyńskim może być przyjemną lekturą?

„Siedem dobrych lat” to zdecydowanie najbardziej realistyczny zbiór opowiadań Kereta. Nie ma w nim rur prowadzących do innego świata, ludzi obdarzonych mocą nadawania myślom realnych kształtów czy ukochanych, które co noc zamieniają się w małych, tłustych facetów. Nad surrealizmem znanym z poprzednich tomów dominuje codzienność i zwyczajność, choć izraelska rzeczywistość i tak jest skomplikowana, a dla polskiego czytelnika zawsze w jakimś stopniu egzotyczna. Autor nie utracił daru przedstawiania typowych sytuacji w niestandardowy sposób, nie ocierając się nawet o nudę czy banał. To kolejny udany zbiór Kereta, w których miłość spotyka się ze śmiercią, prywatność z polityką, a powaga z humorem.

***

Pierwotnie recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl.

czwartek, 25 września 2014

Rafał Wojaczek "Wiersze i proza 1964-1971"

SKOŃCZONA KRUCJATA

Na tom „Wiersze i proza 1964-1971” składa się najbogatszy jak dotąd wybór utworów Rafała Wojaczka. Ta trudna i niepokojąca książka stanowi literackie zwieńczenie krucjaty, którą poeta prowadził przeciwko światu i samemu sobie.

Do twórczości Wojaczka nie ma sensu nikogo przekonywać. Autor od lat cieszy się ugruntowaną pozycją wśród licznych fanów, a pozostali nie szczędzą mu krytyki. Tę przepełnioną brutalnością i erotyzmem, skąpaną we krwi i innych wydzielinach, a zarazem bardzo subtelną w opowiadaniu o uczuciach poezję można kochać, nienawidzić albo po prostu jej nie rozumieć. Zbiór wierszy i prozy wydany przez Biuro Literackie nie zaskoczy zatem nikogo, kto zetknął się z twórczością wrocławskiego poety. Dla tych, którzy dopiero chcą się z nią zapoznać, książka stanowi zaś wyczerpujące kompendium – zawiera wiersze ze wszystkich wydanych tomików poetyckich Wojaczka, jak i te spoza zbiorów lub usunięte przez cenzurę, a także prozatorskie „Sanatorium”. Ten ostatni utwór, którego bohaterem jest poeta Piotr Sobecki – alter ego Wojaczka – najbardziej bezpośrednio nawiązuje do burzliwych losów skandalizującego twórcy. Jedyna w jego dorobku powieść wyróżnia się jedynie gatunkowo. Cielesno-metafizyczna tematyka, przesycona metaforyką, wyliczeniami i ekstremalnie długimi, barokowymi zdaniami forma zdecydowanie nawiązują do poetyckiej twórczości autora.

Prawdziwym rarytasem i nowością nawet dla zagorzałych kolekcjonerów publikacji Wojaczka jest faksymilowe wydanie jego brulionu z 1964 roku. Dołączenie do książki czegoś tak osobistego doskonale pasuje do bardzo intymnego i bliskiego ciału tonu twórczości Wojaczka. Fachowo wykonany reprint zeszytu, w którym poeta zapisywał swoje wiersze, pozwala na wgląd w jego proces twórczy. Śledzenie skreśleń, dopisków, alternatywnych wersji zdań i spisywanych naprędce notatek jest fascynującym doświadczeniem czytelniczym.

„Wiersze i proza 1964-1971” to pełna sprzeczności książka, którą trudno się czyta, ale i niełatwo o niej zapomnieć. Przedstawiona przez Rafała Wojaczka skrajnie ponura wizja świata, człowieka i relacji łączących go z innymi ludźmi równie mocno wciąga, co odpycha i dręczy.

***

Recenzję można też przeczytać na stronie xiegarnia.pl

niedziela, 21 września 2014

Ilona Wiśniewska "Białe"

ARKTYCZNA MELANCHOLIA

Na skutym lodem Spitsbergenie, norweskiej wyspie położonej w strefie polarnej, przez wiele miesięcy panują całkowite ciemności. Książka o takim miejscu mogłaby wiać nudą mocniej niż arktyczny wiatr. Białe przed jednym i drugim podmuchem bardzo skutecznie chronią ciekawość, z jaką Ilona Wiśniewska opisuje tajniki przyrody Spitsbergenu oraz ciepło, którym obdarza bohaterów swojego reportażu.

Akcja książki Białe obejmuje rok, ale zawiera doświadczenia zgromadzone przez autorkę w ciągu czteroletniego pobytu na wyspie. Przez ten czas zdołała poznać i przystosować się do warunków życia w klimacie, w którym występują dzień i noc polarna. Niegasnące przez wiele miesięcy słońce i spędzana w zupełnych ciemnościach zima wymagają siły psychicznej oraz wewnętrznej dyscypliny. Nieprzyjazną dla człowieka aurę rekompensuje za to bliskość i dziewiczość przyrody. Wyspa zdaje się należeć bardziej do zwierząt niż do ludzi, a na ulicach stolicy Longyearbyen można spotkać renifera równie często jak człowieka. Autorka wiele miejsca poświęca interakcjom człowieka z naturą, które w tak specyficznym miejscu są nieuniknione. Nie waha się pokazać także ich ciemniejszej strony, czyli myślistwa, nie szczędząc przy tym czytelnikom takich przysmaków, jak kanapka z językiem renifera.

Na przekór tytułowi autorka stara się ukazać wielobarwny portret wyspy. Próbuje odczarować wizerunek miejsca, w którym jest zimno, ciemno i nudno. Choć każdego czasem dopada tu arktyczna melancholia, w świetle książki życie na Spitsbergenie niewiele różni się od życia gdziekolwiek indziej i nie jest pozbawione ciekawostek. Oprócz Longyearbyen, które podobno wygląda jak plansza do gry w Eurobiznes, Ilona Wiśniewska pokazuje nam Piramidę, wysiedloną osadę górniczą, zamieszkiwaną niegdyś przez Rosjan pracujących w kopalni węgla. Obecnie to opuszczone miasteczko z budynkami zabitymi deskami, do których nierzadko zagląda jednak wścibskie oko turysty. Autorka z ironią wspomina o przemyśle turystycznym, który dociera tutaj wraz z pasażerami statków uzbrojonymi w aparaty fotograficzne, żądnymi ustrzelenia białego misia. Czytelników swojego reportażu zabiera również m.in. do Polskiej Stacji Polarnej i Globalnego Banku Nasion, przechowującego w tunelu wydrążonym w wiecznej zmarzlinie nasiona roślin z całego świata.

Abstrahując od mroźnego oblicza reportażu, Białe ma urok tych książek, które przedstawiają życie małych społeczności odciętych od świata. W opowieściach Wiśniewskiej nie znajdziemy jednak opisu egzotycznych obyczajów, bo przybysze z różnych zakątków globu, zamieszkujący wyspę tylko przez jakiś czas, nie mogli wykształcić wspólnej, jednolitej kultury. Choć warunki naturalne Spitsbergenu są raczej niezmienne i przewidywalne, miejsce to przenika aura tymczasowości i różnorodności. Bohaterowie książki, którzy wyłaniają się z wielkiego tygla kulturowego, nie tworzą raczej galerii osobliwości. Powody, dla których znaleźli się na Spitsbergenie, można sprowadzić do uniwersalnych, ludzkich spraw, jak zawiedziona miłość, utrata pracy, ucieczka w poszukiwaniu zapomnienia czy lepszego życia. Autorka w ciekawy sposób utrwala zwykłe historie zwykłych ludzi, o których bez niej świat pewnie by nie usłyszał.

Szczerość bohaterów, prawdziwość opisów nieposkromionej natury oraz intymny ton narracji składają się na udany debiut Ilony Wiśniewskiej. Książka jest zbiorem luźnych opowieści i niektórym czytelnikom może nieco brakować podsumowania czy szerszego spojrzenia na obyczajowość wyspy. Takie jednak po prostu zdaje się być życie na Spitsbergenie – fragmentaryczne, osobne i trudne. Jak mówi jeden z bohaterów Białego, wyspa jest więzieniem, w którym ma się absolutną wolność.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Wioletta Grzegorzewska "Guguły"

DOJRZALE O NIEDOJRZAŁOŚCI

Powrót do kraju lat dziecinnych jest w literaturze tematem ogranym, a przez to ryzykownym. Wioletta Grzegorzewska za sprawą książki „Guguły” z wyróżnieniem zdała jednak egzamin z pisarskiej dojrzałości.

W zbiorze krótkich opowiadań autorka odtwarza świat PRL-owskiej wsi, a zarazem powołuje do życia nową, zmitologizowaną i baśniową rzeczywistość. Dzieciństwo Loletki, narratorki i głównej bohaterki książki, upływa pod znakiem ludowych wierzeń, do których należą ściągające burzę pająki i potwory, porywające niegrzeczne dzieci. Jasną stronę dorastania stanowi włóczęga po polach z kotem Czarnym, kolekcjonowanie zapałczanych etykiet i obserwowanie wyprawiającego ptaki ojca. Ten ciekawski chłopiec w ciele dorosłego mężczyzny także jest ważną postacią książki. Guguły, czyli niedojrzałe owoce, zdają się tkwić zresztą w każdym bohaterze i w każdym z nas.

Naprzeciw magicznemu dzieciństwu Loletki wychodzi jednak budząca się w niej kobiecość i seksualność, zwiastowane przez przyjazd „ciotki z Ameryki”, czyli pierwsza miesiączka. „Guguły” przenika subtelna zmysłowość, wyczuwalna w przygodach krawcowej uprawiającej miłość ze szmacianą kukłą, scenie gry w butelkę, czy wreszcie w opisie pierwszych doświadczeń erotycznych głównej bohaterki. Książka jest także studium wykluczenia z wiejskiej, konserwatywnej społeczności. Każdego, kto odznacza się ognistym temperamentem, nie chodzi na religię czy ma myszkę na plecach, czeka bolesne doświadczenie inności.

Styl Grzegorzewskiej balansuje gdzieś na granicy wiejskiego gadania, poezji i rozmów zakwitających dziewcząt. Małe prozy autorki intensywnie oddziałują na wszystkie zmysły. Przeplatające się partie podobne do dziennika intymnego i do reportażu z polskich realiów lat 70. i 80. angażują jednocześnie emocje i intelekt czytelnika.

Opowiadania Wioletty Grzegorzewskiej to przede wszystkim oryginalna książka o dojrzewaniu, które zawsze jest procesem niedokonanym, bo trwającym aż do śmierci. Autorce udało się stworzyć piękną i mądrą balladę o ulotności życia, z którym musimy się pożegnać, zanim zdążymy skosztować wszystkich jego dojrzałych owoców.

***

Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl

sobota, 26 lipca 2014

Paulina Wilk "Znaki szczególne"

OD SZCZEGÓŁU DO OGÓŁU

Portret Polaków, dla których doświadczeniem pokoleniowym była przemiana ustrojowa 1989 roku, to nie lada wyzwanie. Odważną, choć tylko częściowo udaną próbę charakterystyki „dzieci transformacji” podejmuje Paulina Wilk w książce Znaki szczególne. Urodzona w 1980 roku autorka łączy w niej własne wspomnienia z dzieciństwa i już dorosłe przeżycia z refleksjami na temat zmian, jakie zaszły w obrębie całego jej pokolenia.

Partie tekstu, w których jest mowa o dziecięcych zabawach, marzeniach i niepowodzeniach, czyta się jak dobrze napisany pamiętnik. Razem z Pauliną Wilk biegamy po PRL-owskich boiskach, bawimy się przy trzepakach, przeżywamy pierwsze muzyczne fascynacje dzięki radiomagnetofonowi Kasprzak i gramy „w samoloty” na komputerze Commodore 64. Niezwykle wdzięczny opis rekwizytów z minionej epoki tworzy rodzaj albumu, który przegląda się jak zbiór własnych fotografii. Nawet balansowanie na granicy sentymentalizmu jest tu usprawiedliwione – trudno przecież wspominać swoje szczenięce lata bez odrobiny wzruszeń.

Połączenie tego, co indywidualne i jednostkowe z tym, co uniwersalne wypada jednak dość topornie. W każdym z dziesięciu niedługich rozdziałów intymna i literacko udana opowieść o dorastaniu przechodzi znienacka w niezbyt lotną publicystykę. Osobiste wspomnienia o przepełnionej, czterdziestoosobowej klasie już w kolejnym zdaniu są bombardowane pojęciem wyżu demograficznego. Choć zestawienie perspektywy mikro i makro wydaje się ciekawym zabiegiem, u Pauliny Wilk prowadzi do niepotrzebnych i mało odkrywczych generalizacji. Typowe dla dzisiejszego świata zjawiska konsumpcjonizmu, deficytu autorytetów, trudności z nawiązywaniem bliskich relacji czy poczucia bezradności wobec nadmiaru otaczających nas szans zostały już zdiagnozowane choćby przez Zygmunta Baumana. Autorka Znaków szczególnych tylko je streszcza i biernie powtarza, nie dodając niczego od siebie. Inteligentny czytelnik, któremu tonem odkrywcy tłumaczy się określenia, takie jak „wyścig szczurów” czy przyczyny częstych rozwodów, ma prawo po prostu się zirytować.

Styl, jakim posługuje się autorka, także jest nierówny. O ile prosty i odrobinę naiwny język pasuje do indywidualnej części opowieści, o tyle zastosowany we fragmentach publicystycznych trąci banałem. Z kolei nadużywanie metafor („Transformacyjny rodowód po raz kolejny usadowił nas w korytarzu”, „Nieokreślona, uwolniona państwowość jest jak kłopotliwy dżinn”) czyni opisywaną rzeczywistość bardziej sztuczną niż nam bliższą. Raczej trudno też utożsamić się z niefortunnym, bo obejmującym wszystkich i nikogo zaimkiem „my”. Perspektywa „ja”, choć nie zawsze odpowiadająca akurat naszym doświadczeniom, wydaje się bardziej szczera i trafna.

Książkę Pauliny Wilk na pewno należy docenić za podjęcie próby charakterystyki całego pokolenia w dobie dominacji indywidualizmu. Z wyzwaniem tym wiąże się jednak wiele pułapek, których autorce nie udało się uniknąć. W rezultacie Znaki szczególne okazują się ciekawym spojrzeniem na końcówkę PRL-u i początek wolnej Polski z perspektywy dziecięcych wspomnień oraz nieco rozczarowującą i wtórną diagnozą kondycji współczesnych trzydziestolatków.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

piątek, 4 lipca 2014

Ignacy Karpowicz "Sońka"

HISTORIA JAKO ŹRÓDŁO CIERPIEŃ?

„Czy to ma znaczenie, co wzrusza? Arcydzieło czy szmira?” – pyta bohater Sońki Ignacego Karpowicza. Najnowszej powieści pisarza z Podlasia zdecydowanie bliżej do arcydzieła, o czym świadczy nie tylko poziom wywołanego w czytelniku wzruszenia. Sońka jest książką, w której historia bohaterki spotyka się z opowieścią o niej i obie uchodzą z tego starcia cało.

Podstawową fabułę powieści stanowi zakazany romans wiejskiej dziewczyny i esesmana, dziejący się na Kresach w czasie II wojny światowej. Tytułowa Sońka po latach powierza koleje swojego losu Igorowi, reżyserowi teatralnemu z Warszawy, który przenosi jej historię na deski sceny. Melodramatyzm przeżyć bohaterki, która oprócz trudnej miłości doświadcza przemocy seksualnej ze strony ojca i wykluczenia z lokalnej społeczności, jest nieustannie przełamywany przez cynizm Igora.

Jego chłodny profesjonalizm nie powstrzymuje jednak wzruszenia, jakie wywołuje opowieść Soni. To dzieje miłości uderzającej nagle jak piorun kulisty, ale i miłości rozsądnej, dojrzałej, takiej, która przynosi prawdziwe szczęście. To także opowieść o tragicznym wpływie historii na osobiste ludzkie losy. Wielką historię, którą poznajemy w podręcznikach, bohaterka stara się z siebie zmyć „jak największe obrzydlistwo, jakie może dotknąć człowieka i przywrzeć do niego”. Mała, prywatna historia jest jednak warunkiem istnienia Soni. Sensem tworzenia opowieści jest ocalenie od zapomnienia pojedynczych ludzkich przeżyć, które łatwo mogą pogrążyć się w niebycie. W książce wyraźnie rysuje się teza, że żyjemy tylko przez moment w oczach i w słowach innych ludzi, a najdłużej w zbiorowej pamięci, którą powołują artyści tacy jak Igor.

Styl Sońki to popis prawdziwej językowej maestrii. Karpowicz doskonale naśladuje wiejską mowę mieszkańców spod wschodniej granicy, przeplataną zapomnianym, białoruskim dialektem. Znakomicie oddaje też mentalność prostych ludzi, chociaż zdawało się, że jest specjalistą od portretowania współczesności, co udowodnił w poprzednich powieściach, szczególnie w ościach. Ciekawostką jest przypisywanie myśli i słów również zwierzętom. Mówiąca suka o imieniu Borbus doskonale współgra z mikroświatem zapomnianego, żyjącego w myśl praw natury, nieco mitycznego Podlasia. Świat Soni toczy się bowiem zgodnie z rytmem przyrody, lecz zakłóca go przemoc wywołana nienawiścią, nietolerancją, pożądaniem, zemstą. Kresowa wieś nie jest zatem ani spokojna, ani wesoła.

Choć z pozoru może wydawać się odizolowana od dotychczasowej twórczości pisarza, Sońka idealnie wpisuje się w uniwersum Karpowicza. Wyraźnie słychać w niej echa Cudu w zakresie językowych stylizacji oraz Gestów w konstrukcji postaci Igora. Po fali pozytywnych recenzji i medialnym szumie wokół Sońki pozostaje mi przyznać jej jeszcze jedną wysoką notę. Książka Karpowicza czytana na gorąco lub z dystansu czy też słuchana w radiowej audycji, traktowana jak historia miłosna albo historia opowiadania historii zawsze się obroni, bo reprezentuje kawał dobrej i pięknej literatury. Uniwersalna wymowa Sońki pozwala przy tym mieć nadzieję, że jest to ten rodzaj piękna, które nie przemija.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

piątek, 13 czerwca 2014

Karl Ove Knausgård "Moja walka"

REALIZM ZNÓW MAGICZNY

Sześciotomowy cykl Moja walka norweskiego pisarza Karla Ove Knausgårda to już legenda na rynku wydawniczym. Od niedawna dostępny w Polsce pierwszy tom również nie uniknął skrajnych odniesień do książki Hitlera czy porównań do dzieła Prousta. Z pierwszym łączy go jednak tylko tytuł, a z drugim poetyka wspomnień. Powieść Knausgårda to bardzo dobra i na swój sposób oryginalna proza autobiograficzna, choć nie zaskakuje ani wyszukanym językiem, ani fabułą, która opiera się na relacjach syna z ojcem.

Tym, co szczególnie ujmuje w Mojej walce, a zarazem stanowi o jej sile, jest prostota. Książka napisana zwyczajnym, niemal przezroczystym językiem bez zbędnej metaforyki i zawiłości stylistycznych skupia się na tematach takich jak: rodzina, dorastanie, ojcostwo, miłość i śmierć. Choć powieść jest zapisem pojedynczego życia Karla Ove Knausgårda – jego dzieciństwa, problemów dorastania, trudnych relacji z despotycznym ojcem alkoholikiem oraz własnego nieudanego życia małżeńskiego – nosi w sobie znamiona uniwersalizmu. W erze kultu indywidualizmu znalezienie książki, która mówi po trochu o każdym z nas, brzmi prawie jak magia.

Bliższe pokrewieństwo zdaje się łączyć Norwega z innymi pisarzami niż z Proustem, choć tak jak i on poszukuje straconego czasu we wspomnieniach z przeszłości. Idea uwiecznienia wszelkich szczegółów związanych z codziennym życiem – od jedzenia kanapki z rybą po drobiazgowy opis sprzątania gigantycznego bałaganu w domu ojca – przypomina trochę lekturę Kronosu. Knausgård sam przyznaje się do inspiracji Dziennikami Gombrowicza, jednak waga informacji związanych z cielesnością i przyziemnymi sprawami zawartymi w Mojej walce przywodzi na myśl raczej ostatnie wydane dzieło polsko-argentyńskiego pisarza. Konsekwentnym realizmem powieść Norwega dorównuje zaś choćby współczesnym mistrzom zza oceanu. Stworzone z wielkim rozmachem i pokaźne objętościowo książki Franzena, Eugenidesa i Wallace’a zawierają to samo, co dzieło Knausgårda: wierny obraz rzeczywistości z uwzględnieniem charakteru współczesnych więzi międzyludzkich.

Mistrzowski opis spraw ponadczasowych wzbogaca typowo skandynawski koloryt oraz partie eseistyczne, zwłaszcza te dotyczące procesu pisania i istoty literatury. Moja walka to powieść autobiograficzna, a życiorys Knausgårda obfitował w wątpliwości dotyczące formy i sensu tworzenia, opisane na szczęście bez cienia pretensjonalnego tonu. Norweg serwuje nam niezwykle wciągającą, choć dosyć ponurą historię o życiu, które „nauczyło mnie jednego: znosić je, nigdy nie zadawać o nie pytań, a tęsknotę, która się rodzi, spalać podczas pisania”. Głęboka, wysmakowana proza bez fajerwerków woła o powrót do literatury wielkich opowieści. Moja walka to jedna z tych książek, o których pamięta się długo i z niecierpliwością wyczekuje kolejnych tomów.

***

Recenzja ukazała się na portalu literatki.com

piątek, 2 maja 2014

Gavin Extence „Wszechświat kontra Alex Woods”

 POCHWAŁA ROZUMU

Choć dla książek i filmów o niezwykłych nastolatkach można by zarezerwować osobny gatunek, nie znaczy to wcale, że w jego obrębie nie powstają utwory oryginalne, błyskotliwe i zabawne. Powieść „Wszechświat kontra Alex Woods” wyróżnia się przede wszystkim bohaterem, który swoje szalone perypetie zawdzięcza czemuś tak przyziemnemu, jak zdrowy rozsądek.

Mimo że Alexa Woodsa interesują głównie kosmos, gwiazdy i zjawiska astronomiczne, a sam został uderzony meteorytem, chłopiec twardo stąpa po ziemi. Posługując się wyłącznie logicznym myśleniem, potrafi wyjaśnić i oswoić nie tylko problemy życia codziennego i trudy dojrzewania, ale sprawy tak intymne, jak śmierć bliskiej osoby. Bohater Gavina Extence’a ma w sobie wiele z Harry’ego Pottera, Adriana Mole’a czy Holdena Caufielda, nie jest jednak po prostu zlepkiem tych postaci. To wrażliwy chłopiec odseparowany od rówieśników przez chorobę i ponadprzeciętną inteligencję – w pewnych sprawach zadziwiająco dojrzały, w innych rozczulająco naiwny. Nie sposób go nie polubić. Od współczesnych nastolatków przykutych do komputerów odróżnia go z pewnością to, że sam jest przykuty jest do własnego mózgu. Świadomy własnej inności patrzy na rzeczywistość z dystansem i przymrużeniem oka, a zarazem analizuje ją z pasją naukowca.

Fabułę napędza przyjaźń Alexa z panem Petersonem, amerykańskim weteranem wojennym, obecnie pacyfistą i marihuanistą. Bohaterowie wybierają się wspólnie w podróż, podczas której poznają granice przyjaźni, odpowiedzialności za drugą osobę i prawa do własnych wyborów. Książka pozbawiona jest wielkich słów. Extence posługuje się prostym językiem okraszonym dużą dozą ironii i brytyjskiego humoru, nawet gdy jest mowa o poważnych sprawach. Nie bez przyczyny jego proza jest porównywana do twórczości Salingera i Vonneguta – ku czci tego drugiego Alex zakłada nawet świecki kościół.

„Wszechświat kontra Alex Woods” to powieść pełna ciepła i humoru, a jednocześnie głębokiej mądrości, po którą mogą sięgnąć zarówno dorośli, jak i nastolatki. Dla pierwszych książka pozostanie przyjemną lekturą, prowokującą młodzieńcze wspomnienia, drugim bez męczącego dydaktyzmu przybliży fundamentalne życiowe kwestie. Wypada się zatem tylko przyłączyć do zachwytów nad debiutem, który nieprzypadkowo stał się międzynarodowym bestsellerem, i z niecierpliwością czekać na kolejną książkę Brytyjczyka.

***

Recenzja została opublikowana na stronie xiegarnia.pl

niedziela, 27 kwietnia 2014

Scott Carney "Czerwony rynek"

(NIE)LUDZKI TOWAR

Choć oficjalnie w żadnym kraju, poza nielicznymi wyjątkami, nie można kupić krwi, nerki, dziecka do adopcji czy szkieletu człowieka, zdobycie ich nie jest niewykonalne. O nietypowych i zwykle nieuczciwych transakcjach, których przedmiotem jest ludzka tkanka, traktuje książka Scotta Carney’a „Czerwony rynek”. Amerykański antropolog i dziennikarz z imponującą odwagą i wnikliwością śledzi system pozyskiwania, gromadzenia i wykorzystywania ciała, którego godność nietrudno przeliczyć na wartość rynkową.

Znaczna część akcji książki toczy się w Indiach. Od dwustu lat są one bowiem głównym źródłem kości używanych jako pomoce naukowe dla uczelni medycznych. W 1985 roku, kiedy aresztowano handlarza, który wyeksportował 1500 szkieletów dzieci, podejrzanego o porywanie i zabijanie ich dla kości, wywożenie ludzkiej tkanki z Indii za granicę zostało prawnie zakazane. Od tego czasu kości są przemycane. Carney opisuje historie całych rodzin, które trudnią się wyciąganiem ciał z grobów i płonących stosów pogrzebowych, a następnie nielegalnym eksportem szkieletów. Ci, którzy nie są związani z „fabryką kości” prawie na pewno zetknęli się z „fabryką organów”. Żyjący na skraju ubóstwa Hindusi chętnie sprzedają własne nerki, nie zważając na warunki, w jakich odbywa się zabieg, czy nieadekwatnie niską w stosunku do podjętego ryzyka zapłatę. Z indyjskich slumsów porywane są również dzieci sprzedawane później do sierocińców i oddawane do międzynarodowej adopcji. W tym kraju mieści się też klinika dla matek zastępczych zwana przez jej krytyków „fabryką dzieci”. Chętne kobiety spędzają tam w zamknięciu 9 miesięcy ciąży, po czym oddają dziecko do adopcji, inkasując za całe przedsięwzięcie kilka tysięcy dolarów.

Po lekturze książki Carney’a trudno przestać myśleć o ciele jak o magazynie części zamiennych. Autor przybliża historię handlu ludzkimi organami i związanych z nim regulacji prawnych oraz podaje mnóstwo sugestywnych przykładów z czasów nam współczesnych. Carney nie próbuje przy tym rozgrzeszać swoich bohaterów ani interweniować w sprawach odkrytych oszustw i nadużyć. Zauważa jedynie, że rozwojowi organizacji przestępczych w dużej mierze sprzyja tajność. Jego zdaniem pochodzenie każdego organu powinno być udokumentowane, a tożsamość dawcy dostępna dla wszystkich zainteresowanych. Obecnie ochrona prywatności tworzy wygodną dla przestępców zasłonę dymną, która ułatwia im ukrycie nielegalnego łańcucha dostaw od przymusowych dawców, porywaczy dzieci, złodziei krwi czy kobiet zmuszanych do sprzedaży komórek jajowych.

Warto zwrócić uwagę, że przez pryzmat czerwonego rynku Carney ukazuje kolejny wymiar wciąż żywego kolonializmu. Wszyscy ludzie są równi tylko pod względem istnienia na świecie w formie ciała, które niezależnie od statusu majątkowego, wyznawanego światopoglądu czy przekonań religijnych powstaje z komórki jajowej, w czasie życia często wymaga renowacji, a po śmierci ulega rozkładowi. Jako przedmiot transakcji na czerwonym rynku ciało to może jednak wędrować wyłącznie w górę hierarchii społecznej. Zawsze to biedni i niewykształceni mieszkańcy np. Indii są dawcami organów dla bogatszych obywateli Zachodu, nigdy odwrotnie.

„Czerwony rynek” to pozycja mocna, momentami wręcz drastyczna i głęboko zapadająca w pamięć. W kontraście do wyrazistej i niepokojącej treści jej język jest prosty i niemal przezroczysty, pozbawiony stylistycznych atrakcji, do których przyzwyczaili nas polscy reportażyści. Choć w książce siłą rzeczy nieustannie zderzają się ze sobą dwa porządki: doniosłość ludzkiego istnienia i jego brutalna cielesność, Carney zdecydowanie unika egzaltacji czy patosu. Czytelnik nie znajdzie też w lekturze zbyt wielu ocen i sądów. To do niego należy refleksja nad etycznymi aspektami opisywanych zdarzeń. Bezstronność autora nie przyćmiewa jednak kłującej w oczy starej prawdy, że światem rządzi pieniądz, za który można kupić wszystko – nawet życie.

***

Recenzja ukazała się na łamach portalu literatki.com

niedziela, 6 kwietnia 2014

Agnieszka Drotkiewicz "Nieszpory"

NIEWYSŁUCHANA MODLITWA

Agnieszka Drotkiewicz ma niewątpliwie literacki potencjał, by stworzyć dobrą powieść. Z „Nieszporów” wyszło jej jednak raczej dłuższe opowiadanie. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie poczucie niedosytu i wtórności, jakie całość po sobie pozostawia.

Najnowsza książka Drotkiewicz porusza temat dogłębnie wyeksploatowany w literaturze i filmie. Główną bohaterką „Nieszporów” jest trzydziestokilkuletnia singielka Joanna, kobieta zapracowana, a właściwie – pracoholiczka. Jej nudne życie obfituje w rozmyślania, lęki i frustracje. Brakuje w nim celu innego niż praca. W opisie tej jałowej egzystencji czuć pewien powiew świeżości, szczególnie na początku (choćby za sprawą paryskiej scenerii). Później czytelnik dostaje jednak wszystko to, co doskonale zna – samotność w wielkomiejskim tłumie, zniewolenie przez własne obsesje i ambicje. Dotyka to nie tylko Joanny, ale i jej matki, Sylwii, a także Heleny, przyjaciółki tej drugiej. W rezultacie otrzymujemy studium „emocjonalnego nomadyzmu” dla kobiet w każdym wieku.

W „Nieszporach” kilkukrotnie pojawia się intrygujące zagadnienie różnic między człowiekiem a zwierzęciem, granica między kulturą a naturą i refleksja na temat istoty człowieczeństwa. Niestety, te ciekawe kwestie są słabo rozwinięte, podobnie jak wątek miłosny Joanny, zakończony znienacka niby happy endem. Historie postaci, które dopiero co zdążyliśmy poznać, nagle się urywają. Po lekturze całości ma się przykre wrażenie, że w momencie, w którym czytamy ostatnie zdanie, opowieść powinna się dopiero na dobre rozpocząć. Wątpliwości budzi też zasadność umieszczania przypisów w tak malutkiej książce. Ich treść można by spokojnie włączyć do tekstu głównego, nie zakłócając jego klarowności, a unikając podejrzeń o efekciarstwo.

„Nieszpory” nie są jednak książką z gruntu złą. Całość czyta się szybko i, mimo wspomnianych wad, przyjemnie. Roi się tutaj od zgrabnych zdań i efektownych metafor, na których warto dłużej zatrzymać oko. Czytelnik, który oczekuje oryginalnej czy inspirującej historii, będzie rozczarowany. Nowa powieść Drotkiewicz okazuje się modlitwą raczej bezowocną, bo jej książka niestety nie wybija się ponad przeciętność.

***

Recenzja została opublikowana na stronie xiegarnia.pl


środa, 2 kwietnia 2014

Mateusz Janiszewski "Dom nad rzeką Loes"

KOLONIZACJA DOBROCIĄ

Tytuł reportażu Mateusza Janiszewskiego Dom nad rzeką Loes odnosi się do pewnej niebieskiej willi w Timorze Wschodnim. Budynek owiany aurą przemocy, przez jednych zapomniany, dla innych nawiedzony lub niezrozumiały, może być metaforą bolesnej historii całego państwa.
 
Dzięki książce Janiszewskiego poznajemy dzieje Timoru Wschodniego, który do 1975 roku był portugalską kolonią, a następnie został zajęty przez Indonezję. Kraj nie odzyskał spokoju nawet po wywalczeniu sobie niepodległości. Nadal borykał się z rządami kolaborantów opłacanych przez Indonezyjczyków, konfliktem między wschodem a zachodem wyspy oraz biedą i zacofaniem wynikającymi ze straszliwych zniszczeń przez ponad dwadzieścia lat okupacji. Mateusz Janiszewski, który pracował w Timorze Wschodnim jako lekarz wolontariusz, jak niewielu innych miał okazję z bliska zobaczyć ludzkie cierpienie, upokorzenie i zniewolenie, a także przyjrzeć się działaniu przemysłu humanitarnego.

W świetle reportażu nie ma on nic wspólnego z bezinteresownością. Autor zarzuca pracownikom międzynarodowych organizacji chciwość i wyrachowanie w niesieniu pomocy oraz ignorowanie faktu, że kolonizacja tak pojmowaną dobrocią nadal jest kolonizacją. Janiszewski bez skrupułów wytyka obojętność pielgrzymującemu na Timor Janowi Pawłowi II. Bezlitośnie obnaża też motywy zaangażowania w sprawy kraju Stanów Zjednoczonych i Australii. Z jego doniesień można wysnuć przygnębiający wniosek, że powodem śmierci setek tysięcy Timorczyków jest żądza władzy, a smutek azjatyckich tropików nigdy nie zostanie ukojony przez pozorowaną pomoc kolejnych wcieleń kolonizatorów.

Bohaterem reportażu nie jest sam Janiszewski, ale bezimienny, łudząco do niego podobny, opisywany w trzeciej osobie „zbieracz opowieści”. Jego doświadczenia i refleksje autor utrwala w króciutkich rozdziałach, pojedynczych obrazkach zawierających kolejne historie z Timoru. Taki sposób konstrukcji reportażu oddaje charakter tamtejszej kultury opowieści, nieustannego dyskursu i poszukiwania prawdy. Janiszewski unika jednoznaczności i interpretacji przedstawianych zdarzeń, co dla niektórych może być zarzutem wobec rzetelności reportażu. Książka stroniąca od arbitralnych wyborów, będąca zapisem doświadczeń i zasłyszanych opowieści, powinna jednak stanowić o jego sile.

Reportaż Janiszewskiego zasługuje na uznanie również ze względu na walory literackie. Książka napisana jest niemal poetyckim językiem, który skrzy się od ciekawych metafor, cytatów i zapadających w pamięć bon motów, a obok świadectwa doświadczeń bohatera, otrzymujemy też np. zapis jego snów. Choć może się wydawać, że rzeczywistość miesza się tu z fikcją, najokrutniejsze wątki fabuły przynależą jednak do sfery realności. Timor Wschodni jawi się w niej jako azjatyckie jądro ciemności, w którym rządzą pieniądze i przemoc. Dom nad rzeką Loes pozostaje zaś przede wszystkim wiarygodnym portretem ofiar tamtejszych konfliktów oraz przygnębiającą refleksją na temat praw człowieka i pomocy humanitarnej w dzisiejszym świecie.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com 

sobota, 22 marca 2014

Filip Zawada "Trzy ścieżki nad jedną rzeką sumują się"

MIĘDZY POEZJĄ A PROZĄ

Książka "Trzy ścieżki nad jedną rzeką sumują się" składa się z 81 króciutkich tekstów zapisanych na niespełna 20 stronach. W odautorskim komentarzu Filip Zawada sugeruje, że zbiór ten służy bardziej do oglądania niż do czytania i chyba warto skorzystać z tej rady.

Komentarz i wstęp tworzą jedyne w miarę spójne i konwencjonalne przekazy, które znacznie ułatwiają czytelnikowi poruszanie się po tym szczególnym tomiku. Same numerowane teksty wymykają się gatunkowym klasyfikacjom, dryfując gdzieś pomiędzy poezją a prozą. Najbliżej jest im chyba do aforyzmów, choć zawarte w nich spostrzeżenia często pozostają niejasne. Zbiór tekstów tworzy rodzaj mapy myśli. Drogowskazami nie są jednak ani numery aforyzmów, ani znaki interpunkcyjne, bo wszystkie zdają się być umowne. W lekturze tekstów powinni odnaleźć się fani muzycznych dokonań Filipa Zawady, tak samo pełnych poetyckości, swobody, gry skojarzeń i nieograniczonych możliwości interpretacyjnych.

Jedyną zasadą, która rządzi "Trzema ścieżkami…" jest powtórzenie. Pewne uczucia, zdarzenia i stany pojawiają się w tekstach po kilka razy i to w podobnych słowach czy frazach. Głównymi bohaterami tej „prozopoezji” zdają się być dziecko i ojciec uwikłani w naturę i kulturę, teraźniejszość i nieskończoność, boskość i cielesność. Poruszane przez nich abstrakcyjne kwestie (Co należy ocalić? Kiedy myśli Bóg? Czyim alter ego jesteśmy?) często rozgrywają się w całkiem namacalnej, przyziemnej scenerii (Telewizor śnieży. Parking nocą. Ślina na butach). Niektóre fragmenty dodatkowo komplikują zdania umieszczone w nawiasach z boku tekstów, które – jak chce autor – mają być „głosem niepewności”. Głos ten zdaje się zresztą być wyraźnie słyszalny w całych "Trzech ścieżkach...".

Nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, gdzie i czy w ogóle sumują się ścieżki rozmyślań Filipa Zawady. Jednoznaczność i oczywistość na pewno nie są celem jego pisarstwa, dlatego też najnowszą książkę autora trudno nazwać udaną lub nieudaną. To raczej rodzaj językowej i myślowej gimnastyki, którą każdy może uprawiać, choć nie wszyscy muszą mieć na to ochotę.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

piątek, 28 lutego 2014

Marta Sztokfisz "Chwile, których nie znamy"

GRECHUTA BEZ LEGENDY

Nieśmiały chłopiec z Zamościa i targany chorobą psychiczną król polskiej estrady, który zawsze najwyżej cenił poezję. Taki portret artysty z czasów młodości i dojrzałości otrzymujemy w książce Marty Sztokfisz „Chwile, których nie znamy. Opowieść o Marku Grechucie”.

Życie gwiazdy stanowi czasem materiał, którego nie sposób zepsuć. Marta Sztokfisz włożyła w napisanie tej książki wiele pracy. Musiała zmierzyć się zarówno z mitami krążącymi wokół artysty (rzekomy alkoholizm), jak i niechęcią ze strony jego rodziny do udzielania informacji (brak tu jakichkolwiek wspomnień żony artysty). Na pewno nie pomagał też fakt, że Grechuta był człowiekiem nieśmiałym i skrytym, wiodącym życie pozbawione ekscesów i skandali, a to, co najciekawsze, działo się w jego głowie.

Całość rozciąga się od związku rodziców Grechuty i jego dzieciństwa w Zamościu, aż po samą śmierć bohatera. Poznajemy blaski i cienie młodości spędzonej w ukochanym Krakowie, gdzie Grechuta studiował architekturę i rozpoczynał karierę muzyczną, a także dojrzałe lata, które upłynęły na polskich i zagranicznych scenach. Źródła pobrzmiewającej w jego twórczości tęsknoty za czymś idealnym, lecz bezpowrotnie utraconym Sztokfisz upatruje już w wydarzeniach z wczesnego okresu życia Grechuty – w rozwodzie rodziców i rozstaniu z pierwszą miłością.

Sztokfisz nie stawia Grechucie pomnika. Autorka z zaangażowaniem opowiada nie tylko o talencie Marka, ale i o jego słabych stronach, szczególnie o niszczącej mu karierę i życie osobiste chorobie maniakalno-depresyjnej. W książce znajdziemy wiele ciekawostek na temat artysty oraz ówczesne tło obyczajowe – kartki na żywność, stanie w kolejkach czy knajpy z wódką i zakąską. Przeczytamy też wypowiedzi znanych postaci (Grechutę wspominają m.in. Jerzy Stuhr, Magda Umer, Krystyna Janda, Kora Jackowska, Andrzej Mleczko, Artur Rojek), które wzbogacają wiedzę o bohaterze i urozmaicają narrację.

Przy tak udanym efekcie dziennikarskiej i pisarskiej pracy, trochę wstyd wypominać autorce drobne potknięcia, jak np. nieco drewniane dialogi z jej synem na początku książki. Marta Sztokfisz napisała rzetelną i pełną uroku książkę, dzięki której poznajemy Marka Grechutę nie tylko jako artystę, ale i człowieka. Ciekawa, stroniąca od plotkarskiego tonu biografia to w dzisiejszych czasach rzecz, którą należy docenić.

***

Recenzja ukazała się pierwotnie na stronie xiegarnia.pl

piątek, 21 lutego 2014

Gérard de Nerval "Śnienie i życie"


ŚPIĄCY KRÓLEWICZ Z PARYŻA

Sen bywa przyjemną odskocznią od rzeczywistości albo pułapką niekończących się koszmarów. Niezależnie od treści snów, granica między nimi a jawą jest wyraźnie odczuwalna przez naszą świadomość. Można jej jednak nie uznawać i nieustannie szamotać się w objęciach Morfeusza, jak czynił to Gérard de Nerval - za swoich czasów wariat, nieuleczalny onanista i obłąkaniec, który spacerował z homarem na smyczy, a dziś nieco zapomniany przedstawiciel francuskiego romantyzmu.

Szczególnego rodzaju Nervalowskie „życiopisanie” obejmowało nie tylko literacki obraz świata realnego, ale i tego, który tworzył za zamkniętymi oczami. „Śnienie i życie” zawiera zbiór autobiograficznej prozy Nervala, będącej owocem lat 1850-1855 – okresu szczytowej formy jego talentu, a zarazem kulminacyjnego etapu choroby psychicznej.  Teksty te tworzą osobliwą kronikę szaleństwa, w której utrwalanie historii własnego obłędu jest jednocześnie poszukiwaniem samego siebie między najczarniejszą rozpaczą a harmonią płynącą ze zjednoczenia z naturą.

Tom znakomicie opracowany przez Tomasza Swobodę i Ryszarda Engelkinga składa się z trzech części.  Pierwsza, najwyraźniej naznaczona duchem romantyzmu, zawiera opowiadania zatytułowane na cześć bliskich sercu narratora kobiet – „Sylwia”, „Aurelia” i „Pandora”. Nerval powraca w nich do czasów dzieciństwa i młodości, które upłynęły pod znakiem młodzieńczych marzeń i uniesień, ale też bolesnych rozczarowań i niespełnionych miłości.  Już w „Sylwii”, która tak zachwyciła Umberto Eco ciągłym następstwem retrospekcji i antycypacji, odczuwalna jest atmosfera nieokreśloności. Mimo prostego języka i tradycyjnego opisu bohaterów, świat przedstawiony wydaje się jakby spowity mgłą. Apogeum wizji z pogranicza jawy i snu odnajdziemy jednak w „Aurelii, czyli Śnieniu i życiu”. Najbardziej mroczny i tajemniczy tekst ze zbioru Nervala jest pełen urojeń co do jego własnej osoby i otaczającego świata.

Druga część tomu odznacza się większym realizmem. „Noce październikowe”, „Zamki Bohemy” oraz „Przechadzki i wspomnienia” zawierają wrażenia autora z bliższych i dalszych podróży. Poznajemy m.in. różne oblicza XIX-wiecznego Paryża – to posępne i łotrowskie, lecz także tętniące artystycznym życiem tamtejszej cyganerii. Z cierpiącego Wertera Nerval zamienia się w beztrosko obserwującego miejskie życie flâneura. W trzeciej części książki, minipowieści „Przemytnicy”, widzimy go zaś jako profesjonalnego i dociekliwego pisarza, który z uporem maniaka szuka w niezliczonych bibliotekach i antykwariatach niezbędnej mu do powstającej powieści biografii niejakiego księdza de Bucquoy. Oprócz procesu rozwiązywania ciekawej zagadki znajdziemy tu interesujące uwagi o ówczesnym czytelnictwie, księgarstwie i życiu literackim. Odkrywamy też pogodne oblicze autora, który chociaż chwilami potrafi być zwyczajnie szczęśliwy.

Całość prozy Nervala zawarta w „Śnieniu i życiu” jest jednak przesiąknięta głęboką melancholią, o której pisał Marek Bieńczyk. Stan ten wynika z doświadczenia nieodwołalnej straty dzieciństwa i miłości, do których Nerval tak często odwołuje się w swojej twórczości. W niej też podejmuje próby odnalezienia własnej tożsamości, jednak niezwykle trudno jest dokonać samookreślenia w gąszczu nieokreśloności. Rozmyte granice nie tylko między jawą a snem, ale i sąsiadowanie ze sobą różnych czasów i miejsc, postaci historycznych i zmyślonych nie sprzyja poczuciu spójności. Nie pomaga nawet prosty i klarowny język, którym posługuje się w swoim pisarstwie. Współistnienie różnych bytów na przestrzeni jednego tekstu może wynikać z przekonania Nervala o własnej dwoistości, o którym wspomina w „Aurelii”. Nierzadko wydaje mu się, że mieszka w nim dusza Napoleona i namawia do wielkich czynów lub czuje obowiązek ułożenia na nowo historii ludzkości, bo rzekomo ma wpływ na ruch księżyca. Może to właśnie czający się w umyśle Nervala sobowtór skłonił go do popełnienia samobójstwa?

Wielka szkoda, że romantyków czytają dziś tylko studenci filologii i nieliczni Ostatni Romantycy, bo we współczesnej literaturze próżno szukać tego, co typowe m.in. dla prozy Gérarda de Nerval. Balansowanie na granicy jawy i snu, pochwała szaleństwa i podszyta smutkiem, wyidealizowana miłość składają się na specyficzny klimat prozy, w której bez problemu powinien odnaleźć się także i dzisiejszy czytelnik. Poetyka oniryzmu i melancholii nie musi być nudna, jeśli tylko poświęcimy chwilę uwagi, by się w nią wczuć. Piękne wydanie książki dodatkowo sprawia, że aż chce się po nią sięgnąć i czytać, żyć i śnić.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com