poniedziałek, 3 lutego 2014

Jeffrey Eugenides "Intryga małżeńska"

„KOCHAM CIĘ” NIE ZNACZY JUŻ NIC?

Z założenia trudno mi odmówić uroku powieści, której główną bohaterką jest studentka ostatniego roku literatury, miłośniczka XIX-wiecznych książek, rozważna i romantyczna, niepewna co dalej robić ze swoim życiem. Postać Madelaine to jednak nie jedyny powód, dla którego „Intrygę małżeńską” Jeffrey'a Eugenidesa czyta się tak dobrze. Bałam się, że będzie to przereklamowane czytadło o dorastającej młodzieży. Wydawało mi się też, że po legendarnym „Jeziorze marzeń” w amerykańskiej popkulturze nie ma już nic do dodania na temat trójkątów miłosnych. Na szczęście oba przeczucia okazały się mylne.

Skomplikowane relacje panujące w trio Madelaine-Leonard-Mitchell i kwestia, którego z panów wybierze bohaterka, stanowią tylko elementy wielowątkowej fabuły. Cała trójka kończy studia pierwszego stopnia i staje przed ważnymi, życiowymi wyborami. Jedno z nich dodatkowo musi mierzyć się z chorobą dwubiegunową, której opis jest chyba najlepszym studium tego schorzenia, jaki spotkałam w literaturze. Książka Eugenidesa składa się z następujących po sobie części pisanych z perspektywy którejś postaci, dzięki temu możemy dobrze poznać osobowość każdej z nich. A jest co poznawać, bo dusze Madelaine, Leonarda i Mitchella są pełne rozterek i wątpliwości charakterystycznych dla młodego wieku czy może po prostu dla wrażliwej natury.

Bardzo ważnym tłem powieści jest literatura, która stanowi dla bohaterów przedmiot studiów i sporów, narzędzie dyskusji, źródło inspiracji i siły, czyli de facto sens życia. Madelaine i Leonard, jako kursanci tak modnej wówczas na amerykańskich uczelniach semiotyki, zaczytują się Derridą, Eco i Barthesem, który staje się zreszą powodem ich pierwszego rozstania. Ponadto Madelaine specjalizuje się w XIX-wiecznych powieściach z tytułową intrygą małżeńską, zatem w jej lekturach nie brakuje Jane Austen, Henry'ego Jamesa czy sióstr Brontë . Mitchell chłonie zaś z książek mądrości religii Wschodu. Eugenides umiejętnie lokuje czytelnika w intertekstualnej sieci, z której ten wcale nie chce się wydostać, bo tropienie lektur bohaterów sprawia taką samą frajdę, jak przeżywanie ich perypetii. Ciekawa konfrontacja powieści epoki wiktoriańskiej z tekstami dekonstrukcjonistów wywołuje w głowie przyjemny zamęt i powracające pytanie, co dzisiaj znaczy miłość.

Choć akcja powieści toczy się w latach 80., problemy pierwszoplanowej trójki nie straciły na aktualności. Oprócz tego, że bohaterowie nie siedzą na Facebooku i piszą do siebie listy, właściwie w ogóle nie czuć tej różnicy. Ówczesna Ameryka pogrążona w kryzysie ekonomicznym, państwo, w którym brakuje pracy dla młodych i wykształconych, przypomina wręcz obecne polskie realia. Do Jeffrey'a Eugenidesa porównuje się nawet naszego Ignacego Karpowicza, poniekąd słusznie, choć ten pierwszy – przynajmniej w „Intrydze małżeńskiej” - nie wykracza poza granice realności. Stylem Amerykanina pachną zatem tylko „ości”. Tak czy inaczej, ja w czytelniczym trójkącie z Eugenidesem i Karpowiczem czuję się doskonale.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz