niedziela, 27 kwietnia 2014

Scott Carney "Czerwony rynek"

(NIE)LUDZKI TOWAR

Choć oficjalnie w żadnym kraju, poza nielicznymi wyjątkami, nie można kupić krwi, nerki, dziecka do adopcji czy szkieletu człowieka, zdobycie ich nie jest niewykonalne. O nietypowych i zwykle nieuczciwych transakcjach, których przedmiotem jest ludzka tkanka, traktuje książka Scotta Carney’a „Czerwony rynek”. Amerykański antropolog i dziennikarz z imponującą odwagą i wnikliwością śledzi system pozyskiwania, gromadzenia i wykorzystywania ciała, którego godność nietrudno przeliczyć na wartość rynkową.

Znaczna część akcji książki toczy się w Indiach. Od dwustu lat są one bowiem głównym źródłem kości używanych jako pomoce naukowe dla uczelni medycznych. W 1985 roku, kiedy aresztowano handlarza, który wyeksportował 1500 szkieletów dzieci, podejrzanego o porywanie i zabijanie ich dla kości, wywożenie ludzkiej tkanki z Indii za granicę zostało prawnie zakazane. Od tego czasu kości są przemycane. Carney opisuje historie całych rodzin, które trudnią się wyciąganiem ciał z grobów i płonących stosów pogrzebowych, a następnie nielegalnym eksportem szkieletów. Ci, którzy nie są związani z „fabryką kości” prawie na pewno zetknęli się z „fabryką organów”. Żyjący na skraju ubóstwa Hindusi chętnie sprzedają własne nerki, nie zważając na warunki, w jakich odbywa się zabieg, czy nieadekwatnie niską w stosunku do podjętego ryzyka zapłatę. Z indyjskich slumsów porywane są również dzieci sprzedawane później do sierocińców i oddawane do międzynarodowej adopcji. W tym kraju mieści się też klinika dla matek zastępczych zwana przez jej krytyków „fabryką dzieci”. Chętne kobiety spędzają tam w zamknięciu 9 miesięcy ciąży, po czym oddają dziecko do adopcji, inkasując za całe przedsięwzięcie kilka tysięcy dolarów.

Po lekturze książki Carney’a trudno przestać myśleć o ciele jak o magazynie części zamiennych. Autor przybliża historię handlu ludzkimi organami i związanych z nim regulacji prawnych oraz podaje mnóstwo sugestywnych przykładów z czasów nam współczesnych. Carney nie próbuje przy tym rozgrzeszać swoich bohaterów ani interweniować w sprawach odkrytych oszustw i nadużyć. Zauważa jedynie, że rozwojowi organizacji przestępczych w dużej mierze sprzyja tajność. Jego zdaniem pochodzenie każdego organu powinno być udokumentowane, a tożsamość dawcy dostępna dla wszystkich zainteresowanych. Obecnie ochrona prywatności tworzy wygodną dla przestępców zasłonę dymną, która ułatwia im ukrycie nielegalnego łańcucha dostaw od przymusowych dawców, porywaczy dzieci, złodziei krwi czy kobiet zmuszanych do sprzedaży komórek jajowych.

Warto zwrócić uwagę, że przez pryzmat czerwonego rynku Carney ukazuje kolejny wymiar wciąż żywego kolonializmu. Wszyscy ludzie są równi tylko pod względem istnienia na świecie w formie ciała, które niezależnie od statusu majątkowego, wyznawanego światopoglądu czy przekonań religijnych powstaje z komórki jajowej, w czasie życia często wymaga renowacji, a po śmierci ulega rozkładowi. Jako przedmiot transakcji na czerwonym rynku ciało to może jednak wędrować wyłącznie w górę hierarchii społecznej. Zawsze to biedni i niewykształceni mieszkańcy np. Indii są dawcami organów dla bogatszych obywateli Zachodu, nigdy odwrotnie.

„Czerwony rynek” to pozycja mocna, momentami wręcz drastyczna i głęboko zapadająca w pamięć. W kontraście do wyrazistej i niepokojącej treści jej język jest prosty i niemal przezroczysty, pozbawiony stylistycznych atrakcji, do których przyzwyczaili nas polscy reportażyści. Choć w książce siłą rzeczy nieustannie zderzają się ze sobą dwa porządki: doniosłość ludzkiego istnienia i jego brutalna cielesność, Carney zdecydowanie unika egzaltacji czy patosu. Czytelnik nie znajdzie też w lekturze zbyt wielu ocen i sądów. To do niego należy refleksja nad etycznymi aspektami opisywanych zdarzeń. Bezstronność autora nie przyćmiewa jednak kłującej w oczy starej prawdy, że światem rządzi pieniądz, za który można kupić wszystko – nawet życie.

***

Recenzja ukazała się na łamach portalu literatki.com

niedziela, 6 kwietnia 2014

Agnieszka Drotkiewicz "Nieszpory"

NIEWYSŁUCHANA MODLITWA

Agnieszka Drotkiewicz ma niewątpliwie literacki potencjał, by stworzyć dobrą powieść. Z „Nieszporów” wyszło jej jednak raczej dłuższe opowiadanie. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie poczucie niedosytu i wtórności, jakie całość po sobie pozostawia.

Najnowsza książka Drotkiewicz porusza temat dogłębnie wyeksploatowany w literaturze i filmie. Główną bohaterką „Nieszporów” jest trzydziestokilkuletnia singielka Joanna, kobieta zapracowana, a właściwie – pracoholiczka. Jej nudne życie obfituje w rozmyślania, lęki i frustracje. Brakuje w nim celu innego niż praca. W opisie tej jałowej egzystencji czuć pewien powiew świeżości, szczególnie na początku (choćby za sprawą paryskiej scenerii). Później czytelnik dostaje jednak wszystko to, co doskonale zna – samotność w wielkomiejskim tłumie, zniewolenie przez własne obsesje i ambicje. Dotyka to nie tylko Joanny, ale i jej matki, Sylwii, a także Heleny, przyjaciółki tej drugiej. W rezultacie otrzymujemy studium „emocjonalnego nomadyzmu” dla kobiet w każdym wieku.

W „Nieszporach” kilkukrotnie pojawia się intrygujące zagadnienie różnic między człowiekiem a zwierzęciem, granica między kulturą a naturą i refleksja na temat istoty człowieczeństwa. Niestety, te ciekawe kwestie są słabo rozwinięte, podobnie jak wątek miłosny Joanny, zakończony znienacka niby happy endem. Historie postaci, które dopiero co zdążyliśmy poznać, nagle się urywają. Po lekturze całości ma się przykre wrażenie, że w momencie, w którym czytamy ostatnie zdanie, opowieść powinna się dopiero na dobre rozpocząć. Wątpliwości budzi też zasadność umieszczania przypisów w tak malutkiej książce. Ich treść można by spokojnie włączyć do tekstu głównego, nie zakłócając jego klarowności, a unikając podejrzeń o efekciarstwo.

„Nieszpory” nie są jednak książką z gruntu złą. Całość czyta się szybko i, mimo wspomnianych wad, przyjemnie. Roi się tutaj od zgrabnych zdań i efektownych metafor, na których warto dłużej zatrzymać oko. Czytelnik, który oczekuje oryginalnej czy inspirującej historii, będzie rozczarowany. Nowa powieść Drotkiewicz okazuje się modlitwą raczej bezowocną, bo jej książka niestety nie wybija się ponad przeciętność.

***

Recenzja została opublikowana na stronie xiegarnia.pl


środa, 2 kwietnia 2014

Mateusz Janiszewski "Dom nad rzeką Loes"

KOLONIZACJA DOBROCIĄ

Tytuł reportażu Mateusza Janiszewskiego Dom nad rzeką Loes odnosi się do pewnej niebieskiej willi w Timorze Wschodnim. Budynek owiany aurą przemocy, przez jednych zapomniany, dla innych nawiedzony lub niezrozumiały, może być metaforą bolesnej historii całego państwa.
 
Dzięki książce Janiszewskiego poznajemy dzieje Timoru Wschodniego, który do 1975 roku był portugalską kolonią, a następnie został zajęty przez Indonezję. Kraj nie odzyskał spokoju nawet po wywalczeniu sobie niepodległości. Nadal borykał się z rządami kolaborantów opłacanych przez Indonezyjczyków, konfliktem między wschodem a zachodem wyspy oraz biedą i zacofaniem wynikającymi ze straszliwych zniszczeń przez ponad dwadzieścia lat okupacji. Mateusz Janiszewski, który pracował w Timorze Wschodnim jako lekarz wolontariusz, jak niewielu innych miał okazję z bliska zobaczyć ludzkie cierpienie, upokorzenie i zniewolenie, a także przyjrzeć się działaniu przemysłu humanitarnego.

W świetle reportażu nie ma on nic wspólnego z bezinteresownością. Autor zarzuca pracownikom międzynarodowych organizacji chciwość i wyrachowanie w niesieniu pomocy oraz ignorowanie faktu, że kolonizacja tak pojmowaną dobrocią nadal jest kolonizacją. Janiszewski bez skrupułów wytyka obojętność pielgrzymującemu na Timor Janowi Pawłowi II. Bezlitośnie obnaża też motywy zaangażowania w sprawy kraju Stanów Zjednoczonych i Australii. Z jego doniesień można wysnuć przygnębiający wniosek, że powodem śmierci setek tysięcy Timorczyków jest żądza władzy, a smutek azjatyckich tropików nigdy nie zostanie ukojony przez pozorowaną pomoc kolejnych wcieleń kolonizatorów.

Bohaterem reportażu nie jest sam Janiszewski, ale bezimienny, łudząco do niego podobny, opisywany w trzeciej osobie „zbieracz opowieści”. Jego doświadczenia i refleksje autor utrwala w króciutkich rozdziałach, pojedynczych obrazkach zawierających kolejne historie z Timoru. Taki sposób konstrukcji reportażu oddaje charakter tamtejszej kultury opowieści, nieustannego dyskursu i poszukiwania prawdy. Janiszewski unika jednoznaczności i interpretacji przedstawianych zdarzeń, co dla niektórych może być zarzutem wobec rzetelności reportażu. Książka stroniąca od arbitralnych wyborów, będąca zapisem doświadczeń i zasłyszanych opowieści, powinna jednak stanowić o jego sile.

Reportaż Janiszewskiego zasługuje na uznanie również ze względu na walory literackie. Książka napisana jest niemal poetyckim językiem, który skrzy się od ciekawych metafor, cytatów i zapadających w pamięć bon motów, a obok świadectwa doświadczeń bohatera, otrzymujemy też np. zapis jego snów. Choć może się wydawać, że rzeczywistość miesza się tu z fikcją, najokrutniejsze wątki fabuły przynależą jednak do sfery realności. Timor Wschodni jawi się w niej jako azjatyckie jądro ciemności, w którym rządzą pieniądze i przemoc. Dom nad rzeką Loes pozostaje zaś przede wszystkim wiarygodnym portretem ofiar tamtejszych konfliktów oraz przygnębiającą refleksją na temat praw człowieka i pomocy humanitarnej w dzisiejszym świecie.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com