niedziela, 6 kwietnia 2014

Agnieszka Drotkiewicz "Nieszpory"

NIEWYSŁUCHANA MODLITWA

Agnieszka Drotkiewicz ma niewątpliwie literacki potencjał, by stworzyć dobrą powieść. Z „Nieszporów” wyszło jej jednak raczej dłuższe opowiadanie. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie poczucie niedosytu i wtórności, jakie całość po sobie pozostawia.

Najnowsza książka Drotkiewicz porusza temat dogłębnie wyeksploatowany w literaturze i filmie. Główną bohaterką „Nieszporów” jest trzydziestokilkuletnia singielka Joanna, kobieta zapracowana, a właściwie – pracoholiczka. Jej nudne życie obfituje w rozmyślania, lęki i frustracje. Brakuje w nim celu innego niż praca. W opisie tej jałowej egzystencji czuć pewien powiew świeżości, szczególnie na początku (choćby za sprawą paryskiej scenerii). Później czytelnik dostaje jednak wszystko to, co doskonale zna – samotność w wielkomiejskim tłumie, zniewolenie przez własne obsesje i ambicje. Dotyka to nie tylko Joanny, ale i jej matki, Sylwii, a także Heleny, przyjaciółki tej drugiej. W rezultacie otrzymujemy studium „emocjonalnego nomadyzmu” dla kobiet w każdym wieku.

W „Nieszporach” kilkukrotnie pojawia się intrygujące zagadnienie różnic między człowiekiem a zwierzęciem, granica między kulturą a naturą i refleksja na temat istoty człowieczeństwa. Niestety, te ciekawe kwestie są słabo rozwinięte, podobnie jak wątek miłosny Joanny, zakończony znienacka niby happy endem. Historie postaci, które dopiero co zdążyliśmy poznać, nagle się urywają. Po lekturze całości ma się przykre wrażenie, że w momencie, w którym czytamy ostatnie zdanie, opowieść powinna się dopiero na dobre rozpocząć. Wątpliwości budzi też zasadność umieszczania przypisów w tak malutkiej książce. Ich treść można by spokojnie włączyć do tekstu głównego, nie zakłócając jego klarowności, a unikając podejrzeń o efekciarstwo.

„Nieszpory” nie są jednak książką z gruntu złą. Całość czyta się szybko i, mimo wspomnianych wad, przyjemnie. Roi się tutaj od zgrabnych zdań i efektownych metafor, na których warto dłużej zatrzymać oko. Czytelnik, który oczekuje oryginalnej czy inspirującej historii, będzie rozczarowany. Nowa powieść Drotkiewicz okazuje się modlitwą raczej bezowocną, bo jej książka niestety nie wybija się ponad przeciętność.

***

Recenzja została opublikowana na stronie xiegarnia.pl


5 komentarzy:

  1. A dlaczego taki tytuł. Czy wywnioskowałaś. Acha, że taka niby modlitwa.
    Brak jest stwierdzam książek optymistycznych, z przesłaniem, które mówiło by, że życie jest piękne wówczas, gdy się nie skupiamy wyłącznie na sobie i swoich bolączkach.

    Zaglądając na blogi szukam czegoś pozytywnego i trudno ustrzelić. Wciąż te same tematy.
    Kobiety, ich frustracje i niepowodzenia, albo różnego rodzaju traumy. Do znudzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pytasz o tytuł książki czy mojej recenzji? Bo się pogubiłam.
      Niestety, polskie książki "optymistyczne" pochodzą chyba głównie z półki pani Grocholi. Wydaje mi się, że trudno jest napisać o szczęściu coś ambitniejszego, co nie trąciłoby banałem ani sentymentalizmem. Zdecydowanie łatwiej się użalać ;) Pozdrawiam.

      Usuń
    2. To nawiązanie do "Nieszporów maryjnych" Monteverdiego. Kompozytor jest wspomniany w książce, a jej bohaterów można nazwać chórem, w którym każdy dysponuje jednak swoim własnym, odrębnym głosem.

      Usuń