sobota, 26 lipca 2014

Paulina Wilk "Znaki szczególne"

OD SZCZEGÓŁU DO OGÓŁU

Portret Polaków, dla których doświadczeniem pokoleniowym była przemiana ustrojowa 1989 roku, to nie lada wyzwanie. Odważną, choć tylko częściowo udaną próbę charakterystyki „dzieci transformacji” podejmuje Paulina Wilk w książce Znaki szczególne. Urodzona w 1980 roku autorka łączy w niej własne wspomnienia z dzieciństwa i już dorosłe przeżycia z refleksjami na temat zmian, jakie zaszły w obrębie całego jej pokolenia.

Partie tekstu, w których jest mowa o dziecięcych zabawach, marzeniach i niepowodzeniach, czyta się jak dobrze napisany pamiętnik. Razem z Pauliną Wilk biegamy po PRL-owskich boiskach, bawimy się przy trzepakach, przeżywamy pierwsze muzyczne fascynacje dzięki radiomagnetofonowi Kasprzak i gramy „w samoloty” na komputerze Commodore 64. Niezwykle wdzięczny opis rekwizytów z minionej epoki tworzy rodzaj albumu, który przegląda się jak zbiór własnych fotografii. Nawet balansowanie na granicy sentymentalizmu jest tu usprawiedliwione – trudno przecież wspominać swoje szczenięce lata bez odrobiny wzruszeń.

Połączenie tego, co indywidualne i jednostkowe z tym, co uniwersalne wypada jednak dość topornie. W każdym z dziesięciu niedługich rozdziałów intymna i literacko udana opowieść o dorastaniu przechodzi znienacka w niezbyt lotną publicystykę. Osobiste wspomnienia o przepełnionej, czterdziestoosobowej klasie już w kolejnym zdaniu są bombardowane pojęciem wyżu demograficznego. Choć zestawienie perspektywy mikro i makro wydaje się ciekawym zabiegiem, u Pauliny Wilk prowadzi do niepotrzebnych i mało odkrywczych generalizacji. Typowe dla dzisiejszego świata zjawiska konsumpcjonizmu, deficytu autorytetów, trudności z nawiązywaniem bliskich relacji czy poczucia bezradności wobec nadmiaru otaczających nas szans zostały już zdiagnozowane choćby przez Zygmunta Baumana. Autorka Znaków szczególnych tylko je streszcza i biernie powtarza, nie dodając niczego od siebie. Inteligentny czytelnik, któremu tonem odkrywcy tłumaczy się określenia, takie jak „wyścig szczurów” czy przyczyny częstych rozwodów, ma prawo po prostu się zirytować.

Styl, jakim posługuje się autorka, także jest nierówny. O ile prosty i odrobinę naiwny język pasuje do indywidualnej części opowieści, o tyle zastosowany we fragmentach publicystycznych trąci banałem. Z kolei nadużywanie metafor („Transformacyjny rodowód po raz kolejny usadowił nas w korytarzu”, „Nieokreślona, uwolniona państwowość jest jak kłopotliwy dżinn”) czyni opisywaną rzeczywistość bardziej sztuczną niż nam bliższą. Raczej trudno też utożsamić się z niefortunnym, bo obejmującym wszystkich i nikogo zaimkiem „my”. Perspektywa „ja”, choć nie zawsze odpowiadająca akurat naszym doświadczeniom, wydaje się bardziej szczera i trafna.

Książkę Pauliny Wilk na pewno należy docenić za podjęcie próby charakterystyki całego pokolenia w dobie dominacji indywidualizmu. Z wyzwaniem tym wiąże się jednak wiele pułapek, których autorce nie udało się uniknąć. W rezultacie Znaki szczególne okazują się ciekawym spojrzeniem na końcówkę PRL-u i początek wolnej Polski z perspektywy dziecięcych wspomnień oraz nieco rozczarowującą i wtórną diagnozą kondycji współczesnych trzydziestolatków.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

piątek, 4 lipca 2014

Ignacy Karpowicz "Sońka"

HISTORIA JAKO ŹRÓDŁO CIERPIEŃ?

„Czy to ma znaczenie, co wzrusza? Arcydzieło czy szmira?” – pyta bohater Sońki Ignacego Karpowicza. Najnowszej powieści pisarza z Podlasia zdecydowanie bliżej do arcydzieła, o czym świadczy nie tylko poziom wywołanego w czytelniku wzruszenia. Sońka jest książką, w której historia bohaterki spotyka się z opowieścią o niej i obie uchodzą z tego starcia cało.

Podstawową fabułę powieści stanowi zakazany romans wiejskiej dziewczyny i esesmana, dziejący się na Kresach w czasie II wojny światowej. Tytułowa Sońka po latach powierza koleje swojego losu Igorowi, reżyserowi teatralnemu z Warszawy, który przenosi jej historię na deski sceny. Melodramatyzm przeżyć bohaterki, która oprócz trudnej miłości doświadcza przemocy seksualnej ze strony ojca i wykluczenia z lokalnej społeczności, jest nieustannie przełamywany przez cynizm Igora.

Jego chłodny profesjonalizm nie powstrzymuje jednak wzruszenia, jakie wywołuje opowieść Soni. To dzieje miłości uderzającej nagle jak piorun kulisty, ale i miłości rozsądnej, dojrzałej, takiej, która przynosi prawdziwe szczęście. To także opowieść o tragicznym wpływie historii na osobiste ludzkie losy. Wielką historię, którą poznajemy w podręcznikach, bohaterka stara się z siebie zmyć „jak największe obrzydlistwo, jakie może dotknąć człowieka i przywrzeć do niego”. Mała, prywatna historia jest jednak warunkiem istnienia Soni. Sensem tworzenia opowieści jest ocalenie od zapomnienia pojedynczych ludzkich przeżyć, które łatwo mogą pogrążyć się w niebycie. W książce wyraźnie rysuje się teza, że żyjemy tylko przez moment w oczach i w słowach innych ludzi, a najdłużej w zbiorowej pamięci, którą powołują artyści tacy jak Igor.

Styl Sońki to popis prawdziwej językowej maestrii. Karpowicz doskonale naśladuje wiejską mowę mieszkańców spod wschodniej granicy, przeplataną zapomnianym, białoruskim dialektem. Znakomicie oddaje też mentalność prostych ludzi, chociaż zdawało się, że jest specjalistą od portretowania współczesności, co udowodnił w poprzednich powieściach, szczególnie w ościach. Ciekawostką jest przypisywanie myśli i słów również zwierzętom. Mówiąca suka o imieniu Borbus doskonale współgra z mikroświatem zapomnianego, żyjącego w myśl praw natury, nieco mitycznego Podlasia. Świat Soni toczy się bowiem zgodnie z rytmem przyrody, lecz zakłóca go przemoc wywołana nienawiścią, nietolerancją, pożądaniem, zemstą. Kresowa wieś nie jest zatem ani spokojna, ani wesoła.

Choć z pozoru może wydawać się odizolowana od dotychczasowej twórczości pisarza, Sońka idealnie wpisuje się w uniwersum Karpowicza. Wyraźnie słychać w niej echa Cudu w zakresie językowych stylizacji oraz Gestów w konstrukcji postaci Igora. Po fali pozytywnych recenzji i medialnym szumie wokół Sońki pozostaje mi przyznać jej jeszcze jedną wysoką notę. Książka Karpowicza czytana na gorąco lub z dystansu czy też słuchana w radiowej audycji, traktowana jak historia miłosna albo historia opowiadania historii zawsze się obroni, bo reprezentuje kawał dobrej i pięknej literatury. Uniwersalna wymowa Sońki pozwala przy tym mieć nadzieję, że jest to ten rodzaj piękna, które nie przemija.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com