wtorek, 16 grudnia 2014

Lars Saabye Christensen "Półbrat"

PRAGNIENIE PEŁNI

Czego można się spodziewać po opasłym tomie norweskiego autora? Lęk przed ponad 900-stronicową lekturą po pierwszych kartkach zamienia się w głód i radosne oczekiwanie na więcej, a pod koniec książki w żal, że tak szybko się kończy. Christensenowi udało się w Półbracie w pełni osiągnąć to, co stanowi o dobrej powieści: połączyć ciekawą fabułę i psychologiczną głębię w płynną, wciągającą narrację.

Rzecz zaczyna się u schyłku wojny, w 1945 roku, kiedy niektórzy mieszkańcy Oslo radośnie palą w kominku dzieła sprzymierzeńca nazistów Knuta Hamsuna. Głównego bohatera książki, jednego z tytułowych półbraci, poznajemy jednak już w czasach współczesnych, kiedy jako scenarzysta bierze udział w festiwalu filmowym w Berlinie. Dalsza część powieści to obszerna retrospekcja, która przedstawia losy Barnuma Nilsena i jego rodziny: matki Very, ojca Arnolda, przyrodniego brata Freda, babci i prababci oraz najlepszych przyjaciół: Pedera i Vivian. Półbrat koncentruje się na okresie dorastania chłopca dręczonego rozmaitymi kompleksami – od dziwnego imienia i niskiego wzrostu po tajemnicze interesy ojca i niechlubną historię rodziny.

Dzieje Barnuma można czytać jako opowieść o poczuciu niepewności i niepełności. Bohater nieustannie w siebie wątpi i szuka miejsca, w którym stanie się cały. „W ogóle miałem wątpliwości, czy istnieje coś, co można nazwać mną, w ponurych chwilach uważałem siebie za ograniczoną ilość mięsa funkcjonującego pod nazwą Barnum” – wyznaje. Stany te czasem podsyca, a czasem łagodzi fakt posiadania przyrodniego brata – kogoś jednocześnie bliskiego i obcego. Postać Freda to jedna z bardziej tajemniczych i niejednoznacznych figur powieści. W dużej mierze dzięki niej Półbrat to także książka o tym, że człowiek zawsze jest skazany na samotność, bo nie ma możliwości prawdziwego poznania drugiego człowieka. Choć w powieści pojawiają się sceny ironiczne i humorystyczne, liczne aluzje filmowe, a jej klimat nie jest do końca po skandynawsku ponury, ogólny wydźwięk wydaje się jednak pesymistyczny. Właściwie każdy bohater zmaga się z samym sobą na tyle zawzięcie i rozpaczliwie, że bycie człowiekiem zostaje w książce nazwane pokutą.

Powieść odbiera się jako niezwykle prawdziwą i szczerą, choć nieustannie przewijają się przez nią dwie sentencje, które mogłyby stanowić jej motto: „Świat pragnie być oszukiwany. Niechaj więc będzie oszukiwany” oraz „Najważniejsze jest wcale nie to, co widzisz. Tylko to, co wydaje ci się, że widzisz”. Wartość książki Christensena zdecydowanie nie jest złudzeniem albo autor jest oszustem doskonałym, któremu i tak należą się brawa. Norweski pisarz tylko w pewnym stopniu kontynuuje wielkie tradycje skandynawskich sag rodzinnych i epickich opowieści w rodzaju Błogosławieństwa ziemi Hamsuna czy A lasy wiecznie śpiewają Gulbranssena. W Półbracie z łatwością dostrzeżemy rozmach i realizm podobny dawniejszym utworom, jednak nad opisami przyrody zdecydowanie dominuje krajobraz wewnętrzny bohaterów. Trudno zresztą o peany na cześć natury czy pracy na roli, skoro rzecz dzieje się głównie w Oslo. Jeśli Półbrata można nazwać sagą rodzinną, to na wskroś współczesną i z naciskiem na psychologizm postaci.

Książka Christensena idealnie wpisuje się za to w nurt skandynawskich powieści realistycznych, które ostatnio zdobywają serca polskich czytelników. Po tegorocznym sukcesie pierwszego tomu Mojej walki Knausgårda i Stulecia Wassmo, wznowienie Półbrata to kolejny strzał w dziesiątkę. Powieść jest godna uwagi nie tylko jako przedstawicielka pewnego gatunku. To znakomita i uniwersalna opowieść o dorastaniu, przyjaźni i rodzinnych relacjach, a jednocześnie o samotności i wyobcowaniu.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Susan Sontag "Pod znakiem Saturna"

ŻYCIE I INTERPRETACJA

„Nie można interpretować dzieł pisarza, patrząc przez pryzmat jego życia. Można jednak zinterpretować życie za pomocą dzieł”. Ta myśl Susan Sontag to dobry trop do odczytania jej książki Pod znakiem Saturna. Drogi prowadzące do analizy esejów amerykańskiej autorki są jednak tak liczne i rozległe, jak jej horyzonty myślowe. Teksty poświęcone pięciu pisarzom i dwojgu twórcom filmów składają się na wspaniałą intelektualną ucztę, do czego Sontag zdążyła nas już przyzwyczaić wcześniej wydanymi w Polsce zbiorami: Przeciw interpretacji, O fotografii, Widok cudzego cierpienia.

Siedem esejów z 1980 roku domagało się polskiego tłumaczenia. Pod znakiem Saturna zawiera nakreślone z pasją, a czasem poparte osobistymi wspomnieniami teksty, których bohaterami są kolejno: Paul Goodman, Antonin Artaud, Leni Riefenstahl, Walter Benjamin, Hans-Jürgen Syberberg, Roland Barthes i Elias Canetti. Sylwetki twórców nie są jednak typowymi biogramami, a komentarzom do ich dzieł daleko do przewidywalnych interpretacji. Tym, co stanowi o wyjątkowości esejów Sontag, jest próba połączenia życia i twórczości poszczególnych artystów we w miarę spójną całość. Doskonale widać to na przykładzie tytułowego eseju traktującego o Walterze Benjaminie, wybitnej osobowości obdarzonej melancholicznym temperamentem. Nie mniej ciekawy jest kontrastujący z nim tekst o wielkim miłośniku życia i sztuki przyjemności, Rolandzie Barcie. W fascynujący sposób autorka rozważa związki między etyką i estetyką, analizując propagandowe filmy Leni Riefenstahl, które ta zrealizowała w Niemczech w latach 30. Obecności faszyzmu w wybitnych dziełach sztuki Sontag poświęca też frapujący esej, będący interpretacją filmu Syberberga, Hitler. Film z Niemiec.

Każdy z rozdziałów książki stanowi zamkniętą całość, więc właściwie można je czytać oddzielnie, w dowolnej kolejności. Po lekturze zbioru od deski do deski zyskujemy jednak doskonały obraz tego, co można inspirująco i mądrze powiedzieć na temat związków dzieła i twórcy, moralności i piękna, sztuki i historii. Eseje spod znaku Saturna trudno jednak sprowadzić do tak prostych podsumowań. Dla czytelników niezaznajomionych z twórczością poszczególnych postaci książka Susan Sontag będzie stanowiła idealne wprowadzenie, a dla bardziej zaawansowanych – świeże, niebanalne spojrzenie na dane zagadnienie. Pod znakiem Saturna to książka wymagająca, której lektura przynosi intelektualne pobudzenie, inspirację i zachwyt.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

czwartek, 4 grudnia 2014

Magdalena Budzińska "Zapomniane słowa"

SŁOWNIK RETRO

„Zapomniane słowa” to z założenia lektura sentymentalna, ale daleka od banału. Znani pisarze, artyści i naukowcy przypominają wyrazy, które wyszły już z codziennego użytku. Antologia pod redakcją Magdaleny Budzińskiej to niezwykle interesujący zbiór proustowskich obiektów, które pobudzają pracę pamięci i przywołują wspomnienia.

Wizyta na cmentarzu słów należy do refleksyjnych, choć niekoniecznie smutnych. Uśmiech na twarzy wywołuje już samo brzmienie niektórych wyrazów: ancymonki, bonie dydy, łapserdak, pozłotka, szmizetka. Zabawne bywają również związane z nimi historie przytaczane przez autorów książki. Często są to osobiste anegdoty wybitnych ludzi rodzimej kultury (Marka Bieńczyka, Olgi Tokarczuk, Mariana Pilota, Janusza Deglera i innych), czasem rozbudowane rodzinne opowieści („Beresić” Stanisława Beresia). Znajdzie się też esej historyczny („Braterstwo” Karola Modzelewskiego) czy naukowe opracowanie zagadnienia leksykalnego na wesoło („Obelgi, wyzwiska, wymysły” Przemysława Czaplińskiego). Każdy fragment antologii jest oryginalny i napisany z pasją, co sprawia, ze przeczytają go z przyjemnością wszyscy amatorzy polszczyzny.

Książka zapewnia wgląd nie tylko w historię języka, ale i w przemiany obyczajowości. „W dezabilu” mogła być Mickiewiczowska Zosia podczas przypadkowego spotkania z Tadeuszem. Obecnie granice intymności przesunęły się na tyle, że można po prostu powiedzieć, że była w bieliźnie. Gdzie szukać dziś „facecjonistów”, skoro zniknęły kawiarnie z dawnych lat? Odpowiedzi na to pytanie udziela Hanna Samson: „Nie tylko słowa znikają lub gubią znaczenie. Giną światy”. Antologia prezentuje opowieści, które nie wszyscy mieli szanse usłyszeć od swoich babć czy dziadków. Warto przeczytać te odnoszące się do poszczególnych słów, bo przecież każdy kawałek świata, również tego minionego, zamyka się w granicach danego języka.

Koncepcja książki opiera się na prostym, ale trafionym pomyśle Magdaleny Budzińskiej. Treść antologii jest uroczo staroświecka i niemodna w podobny sposób, co ubrania czy biżuteria w stylu retro. Przyjemnie zawiesić wzrok na słowach i czasach, które odeszły już w niepamięć.

***

Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl