środa, 25 listopada 2015

Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Samotność"

DZIENNIK MIZANTROPA

Gdyby Bruno Stressmeyer był w stanie kogokolwiek polubić, w pierwszej kolejności podałby rękę bohaterom Bernharda i Houellebecqa. Postać stworzona przez Huberta Klimko-Dobrzanieckiego to w zasadzie antybohater, który nie zaskarbi sobie przychylności czytelników. Powinno się za to tak stać z niewielką, lecz udaną powieścią pt. Samotność, będącą rodzajem dziennika mizantropa.

Ta miniatura na początku może wydawać się jedynie wprawką do właściwej powieści. Samotność otwiera bowiem monolog bohatera, który dokonuje swojej autoprezentacji. Opis codziennych czynności bogatego Austriaka i wyznania pełne nienawiści do przedstawicieli innych nacji, imigrantów, sąsiadów, a nawet psów zdają się nigdy nie skończyć. Te pod każdym względem niepoprawne poglądy czyta się jednak z dużą przyjemnością, bo Bruno wyraża je językiem pełnym ironii, sarkazmu i czarnego humoru.
Przez znaczną część książki nietrudno odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z nową definicją tytułowego, starego jak świat pojęcia. Samotność rozumiana jako przykry stan emocjonalny jest Brunonowi obca. Dla niego to oczywisty stan rzeczy, który czuje się w obowiązku pielęgnować, bo jest trzonem jego tożsamości. Bruno wydaje się samowystarczalny i na swój sposób szczęśliwy, a druga osoba byłaby mu potrzebna tylko do tego, by posmarować plecy kremem.
Narracja nabiera tempa i rumieńców, kiedy Bruno wraca z wakacji. Poznana w Chorwacji kobieta wprowadza w jego przewidywalnym życiu niemały zamęt. Dalsze postępowanie bohatera nasuwa czytelnikowi dręczące pytania. Czy można wieść życie kompletnie pozbawione celu? Czy warto go sobie wyznaczyć, choćby za wszelką cenę? Jak sprawdza się definicja samotności utworzona przez Brunona w zderzeniu z nieoczekiwanymi emocjami? A może jednak da się całkowicie ich wyzbyć?
Zakończenie książki niektórym wyda się oczywiste, dla innych niebezpiecznie otrze się o moralitet. Nie zmieni jednak faktu, że Samotność to dobra i ciekawa pozycja w niemałym już dorobku Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Napisana znakomitym stylem powieść, która w całości angażuje czytelnika w życie bohatera zupełnie niezaangażowanego. Powieść tym bardziej gorzka, jeśli zechcemy potraktować Brunona nie jako jednostkową i w dodatku fikcyjną postać, lecz reprezentanta części mieszkańców współczesnej Europy.
***
Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

środa, 11 listopada 2015

Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów"

DZIEJOWA PONIEWIERKA

Ku mojej uciesze w Wiecznym Grunwaldzie Szczepana Twardocha powraca bohater o niedookreślonej tożsamości, zmagający się z własnym „ja” odszczepieniec, który nie pasuje do żadnej społeczności, w której się znajdzie. Powraca dla mnie, bo jako pierwsze czytałam Dracha i Morfinę, naprawdę to w tej powieści temat dopiero się zaczyna, o ile nie pojawił się w jeszcze wcześniejszych książkach Twardocha.


Akcja Powieści zza końca czasów rozgrywa się w dwóch splatających się ze sobą wymiarach: pierwszy dotyczy jednostkowego losu człowieka, drugi – losów całej ludzkości. Paszko to bohater udręczony zarówno osobistą historią, jak i odwiecznym konfliktem polsko-niemieckim, w którym nie wie, po której stronie się opowiedzieć jako syn Kazimierza Wielkiego i córki kupca z Norymbergii. Przez całe długie, wielokrotnie odradzające się życie ciąży na nim jego pochodzenie: jest bękartem, dzieckiem prostytutki, a potem jeszcze sierotą.

Po raz pierwszy ginie w bitwie pod Grunwaldem,  ale nie udaje mu się umrzeć na zawsze, chociaż właśnie tylko o tym marzy. Żyje na nowo w różnych momentach skomplikowanej, polsko-niemieckiej historii i ciągle musi dokonywać trudnych wyborów, bo nie czuje się ani Polakiem, ani Niemcem – jest nikim nawet we własnych oczach. Próbuje się dookreślić kolejnymi aktami przemocy, ale ta dziejowa poniewierka, która metaforycznie dotyczyć ma pewnie każdego z nas, nie może skończyć się dobrze.

Wieczny Grunwald jest pełen ponurych wizji dotyczących sensu dziejów wypełnionych wojną, cierpieniem i nieuchronną śmiercią. Nie brakuje w nim też śmiałych i ciekawych tez na temat istoty polskości i niemieckości. Przytoczę choćby tę o podobieństwie Polaków i Niemców, których narody ma łączyć zrodzenie się z „romantycznych sublimacji” w opozycji do Francuzów czy Amerykanów, którzy wywodzą się z polityki i epoki rozumu, a nie ducha. Trudno oceniać prawdziwość takich hipotez, niemniej ich lektura jest bardzo interesująca i pobudzająca intelektualnie. Na pochwałę zasługuje też brawurowa stylizacja języka na staropolski. Twardoch stosuje ją w taki sposób, że nawet niezrozumiałe wyrazy nie zaburzają płynności lektury, wręcz przeciwnie – odgadywanie ich znaczenia sprawia dużo przyjemności.

Trzecia przeczytana powieść, a czwarta książka (doliczając Dzienniki) Twardocha dowodzi, że mamy do czynienia z autorem nietuzinkowym, o wyrazistym, niepodrabialnym stylu: z jednej strony brutalnym, z drugiej podniosłym, a na pewno pełnym magnetyzującego pesymizmu co do sensu naszego istnienia. Jego prozą rządzą wciąż te same tematy: filozofia dziejów, stosunki polsko-niemieckie, wojna, śmierć, seks, poszukiwanie własnej tożsamości i swojego miejsca na tym okrutnym świecie. Nawet jeśli te pierwsze nie wydają mi się interesujące same w sobie, to w twórczości Twardocha znajdują takie realizacje, które potrafią przyciągnąć moją uwagę. Szczepan Twardoch wydaje się pisarzem, który tak naprawdę przez całe życie pisze jedną książkę, a każda ze sprawdzonych przeze mnie wersji okazuje się osobnym, skończonym i udanym dziełem.


sobota, 31 października 2015

Szczepan Twardoch "Wieloryby i ćmy. Dzienniki"

OBYWATEL NIERZECZYWISTOŚCI

Tytuł książki, nawiązujący do śmierci wymienionych w nim zwierząt, nie jest motywem przewodnim dzienników Twardocha. Wieloryby i ćmy traktują bowiem – i niech nie zabrzmi to patetycznie – o życiu.


Książka złożona głównie z fragmentów: refleksji, snów, reportaży, esejów, których autor nie ma zamiaru tworzyć wokół siebie atmosfery skandalu i nie ujawnia zbyt wielu szczegółów z życia prywatnego, nadal pozostaje jednak tekstem intymnym, który trudno oceniać w kategoriach literackich.

Dzienniki napisane są w taki sposób, że łatwo ulec przyjemnej iluzji pokrewieństwa dusz z pisarzem – proza Twardocha jak zwykle brzmi prawdziwie i szczerze, nawet jeśli zawiera jakąś dozę autokreacji. Z pewnością wielu czytelnikom ambitnej literatury nietrudno się utożsamić z pesymizmem i melancholią autora, skomplikowaną miłością do rodzaju ludzkiego, tym, że nie uchodzi za obywatela rzeczywistości i z jego wieczną tęsknotą za czymś innym.

„Prawdziwe” życie zawsze jest gdzie indziej, ale co stanowi materię życia Szczepana Twardocha tu i teraz?

Przede wszystkim pisanie. Pisarz zawsze jest w pracy i nawet nie ma jak oszukać szefa. Poza tym rozczulające (ale nie czułostkowe) fragmenty o ojcostwie, liczne kartki z podróży (w tym na powracający znów do mnie po reportażu Wiśniewskiej Spistsbergen) i refleksje o przywiązaniu do śląskiej ziemi i swoich przodków. Te urywki klimatem bardzo przypominają Dracha.

Nie mogło zabraknąć oczywiście kilku słów o czytanych lekturach (Twardoch jest kolejną osobą, która każe mi w końcu sięgnąć po Maraiego) i paru smaczków z literackiego światka – autor przyjaźni się z Witem Szostakiem i Łukaszem Orbitowskim, z którymi związanych jest kilka zabawnych anegdot. Na szczęście Twardoch nie jest tak całkiem odcięty od świata szarych zjadaczy popkultury, bo – ku mojej uciesze – chyba ogląda Downton Abbey i zdarza mu się słuchać The xx...

Nie wiem czy Wieloryby i ćmy okazałyby się aż tak interesujące dla osób, które nie znają twórczości Twardocha. Nie ulega jednak wątpliwości, że dla miłośników autora Dzienniki będą doskonałym uzupełnieniem jego prozy. Po tej lekturze powieści Twardocha wydają się jeszcze lepsze, bo są bardziej zrozumiałe, kiedy wiemy, spod czyjego wyszły pióra. Całość dorobku autora składa się zaś na spójny wizerunek pisarza przywiązanego do określonych ideałów, co czyni go po trosze obywatelem nierzeczywistości.


wtorek, 6 października 2015

David Foster Wallace "Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi"

PASKUDNA PEREŁKA

Ulubioną powieścią bohatera filmu „Sztuki wyzwolone”, trochę zagubionego w życiu trzydziestoparolatka, jest „Infinite Jest” Davida Fostera Wallace’a. Czy pierwsza wydana w Polsce książka amerykańskiego pisarza może zyskać taki status wśród naszego pokolenia X czy jakiejkolwiek innej publiczności?
Raczej nie, bo „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” dosyć trudno polubić, co jednak wcale nie jest zarzutem. Nagromadzenie osobliwych, okaleczonych życiowo postaci, z których każda zmaga się z jakąś traumą lub nałogiem, zagmatwany styl pełen neologizmów, skrótów i przypisów, a jednocześnie wielostylowość, po prostu nie składają się na przepis na ulubioną pozycję wielu czytelników. Książka ma za to pełnię praw i możliwości, by uzyskać miano kultowej. Legendą jest przecież jej autor, ikona amerykańskiego postmodernizmu, cierpiący przez wiele lat na depresję geniusz-samobójca.
Twórczość Wallace’a, zwłaszcza na podstawie jednej książki, trudno porównać do pisarstwa kogokolwiek innego. Niekiedy przezierają przez nią cienie Pynchona, Nabokova czy Bernharda, ale tylko po to, żeby po chwili się rozwiać. W krytyce kondycji współczesnego człowieka z jego konsumpcjonizmem, skłonnością do psychologizowania i brakiem umiejętności zbudowania trwałych więzi z innymi Wallace bliski jest Franzenowi. Wyraża ją jednak w sposób dużo bardziej brutalny i przerysowany, bo pokazuje rzeczywistość, w której nikt nie jest „normalny”, o ile to słowo jest w ogóle jakimś odniesieniem w jego świecie przedstawionym.
„Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” są zapisem jednej wielkiej terapii, której powinien poddać się współczesny świat. Autor rozbija go na pojedyncze teksty, w których łamie wszelkie tabu związane z seksem, depresją, samotnością, wykluczeniem, innością czy uzależnieniem. Ucieka od schematycznych ujęć tych tematów, których trochę już w literaturze było i stroni od przewidywalnych zakończeń, a czasem w ogóle od jakichkolwiek puent. Po ostatniej kropce każdego tekstu możemy czuć się nieco zdezorientowani. Wallace nieustannie gra z czytelnikiem, wstawia jego cierpliwość na niejedną próbę, mieszając wszelkie style, wymiary i porządki. Pobudza intelektualnie, każąc brnąć przez połacie tekstu zamieszczone w przypisach, by za chwile uśpić czujność monologiem kolejnego „paskudnego” bohatera. A wszystko to z chęci wyrażenia całkowitej, pełnokrwistej prawdy o człowieku, choć tego możemy się tylko domyślać i – jak to u Wallace’a – możemy się przecież grubo mylić.
Ta książka to lektura odpychająca, a zarazem wciągająca swoją ekstrawagancją i bezkompromisowością. Debiutujący na naszym rynku wydawniczym autor napisał rzecz nieprzyjemną, męczącą i ekstremalnie trudną w odbiorze, a jednak fascynującą językową maestrią, świeżością spojrzenia na sprawy dotyczące istoty człowieczeństwa i uporem w poszukiwaniu na nie lekarstwa. „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” na pewno nie są pozycją dla każdego, ale miłośnicy formalnych eksperymentów, jak i zgłębiania mrocznych tajników ludzkiej duszy będą zachwyceni i zaskoczeni.
***
Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl.
Zdjęcie pochodzi z pięknych czasów, gdy drzewa w Parku Zachodnim były zielone.

piątek, 25 września 2015

Sofi Oksanen "Gdy zniknęły gołębie"

WOJNA, MIŁOŚĆ I GOŁĘBIE

Estonia, mimo niezbyt odległego położenia, to wciąż dla nas państwo egzotyczne. Zagadkowy kraj bałtycki trudno w pierwszej chwili skojarzyć z konkretnym obiektem czy postacią ze świata kultury, nauki lub polityki. Gdyby jednak na swój prywatny użytek za symbol Estonii przyjąć prozę Sofi Oksanen, byłyby to emblemat bardzo wyrazisty i głęboko zapadający w pamięć.
Autorka jest właściwie pół Finką, pół Estonką, jednak w powieści Gdy zniknęły gołębie dominuje ten drugi pierwiastek. Książka traktuje o burzliwej historii Estonii lat czterdziestych i sześćdziesiątych, czyli o historii kraju pozostającego najpierw pod okupacją niemiecką, a następnie radziecką. 
W te skomplikowane realia uwikłana jest trójka bohaterów – Edgar, Roland i Juudit. Pierwszy – sprawia wrażenie karierowicza kolaborującego z każdym reżimem, drugi jest oddanym ojczyźnie partyzantem, a związana z ich losami kobieta to pokrewna dusza Emmy Bovary. Te proste portrety psychologiczne szybko okazują się tylko wersjami roboczymi osobowości bohaterów, których kolejne oblicza zdradza każda następna strona.
Akcja toczy się szybko – tak, że nieraz trudno nadążyć za jej tempem. Całość spowija atmosfera duszności, chaosu i wieloznaczności. Podczas lektury tej gęstej, nasyconej metaforami prozy warto się zresztą co jakiś czas zatrzymać, by podziwiać piękno pojedynczych zdań. Sofi Oksanen posiada przy tym dar przedstawiania skomplikowanych moralnie sytuacji w sposób, który zmusza czytelnika do dokonania samodzielnej oceny. Nie jest to z pewnością zadanie łatwe, co czyni książkę jeszcze bardziej interesującą. Tu nikt nie jest dobry ani zły, każdy stara się jakoś odnaleźć w trudnej rzeczywistości, aby nie tylko przetrwać pod batem okupanta, ale i uszczknąć dla siebie choć odrobinę różnie pojmowanego szczęścia. 
Czy pośród brutalnych walk z najeźdźcą i wszechobecnym fałszem w konfrontacji z reżimem jest jeszcze miejsce na miłość? Bohaterowie Oksanen znają ją doskonale, ale jako uczucie bolesne i trudne, które nie znika tak szybko jak gołębie przed nadejściem Wehrmachtu.
Gdy zniknęły gołębie to bardzo wymowny i przenikliwy portret człowieka uwikłanego w historię. Wojna widziana oczami Sofi Oksanen nie jest po prostu czarno-białym polem bitwy, a do przekroczenia granicy między buntem a oportunizmem wystarczy jeden krok. Powieść autorki Oczyszczenia to wymagająca, ale i wyjątkowa książka, w której każde rozwiązanie jest możliwe, chociaż żadne nie prowadzi do szczęśliwego zakończenia.
***
Recenzja ukazała się również na stronie literatki.com

niedziela, 20 września 2015

Marcin Kołodziejczyk "Dysforia. Przypadki mieszczan polskich"

O POŻYTKACH Z DYSONANSU


Wszyscy już czytali i wszyscy się zachwycali, zaostrzając mój apetyt na Dysforię Marcina Kołodziejczyka. Chyba nie analizowałam tych zachwytów zbyt wnikliwie, bo spodziewałam się co najmniej jakiejś miejskiej epopei, diagnozy ponowoczesnego mieszczaństwa, dzieła na miarę Kwestii miejskiej Castellsa. Nic z tych rzeczy oczywiście nie dostałam, co wcale nie znaczy, że Dysforia jest książką złą.


Wręcz przeciwnie, trzeba tylko podejść do niej z odpowiednim nastawieniem. Wystarczy ze zrozumieniem przeczytać podtytuł, w którym mowa o p r z y p a d k a c h mieszczan polskich, a więc nie ma żadnej obietnicy całościowego obrazu tej grupy. Autor definiuje ją w wywiadzie dla dwutygodnika, podkreślając przewrotność terminu „mieszczanie”, których jego zdaniem w Polsce nie ma. To po prostu ludzie, którzy mieszkają w miastach. Nic zatem nie zapowiada dzieła o jednolitej, wielkomiejskiej kulturze i specyfice życia w mieście, którą dałoby się jakoś wyodrębnić i opisać.

A co Kołodziejczyk opisał? Jakie są te podtytułowe przypadki? Dosyć zróżnicowane, bo pojawiają się i mieszkańcy deweloperskich osiedli, i peerelowskich blokowisk, są sędziwe weteranki Powstania Warszawskiego, grafomańscy poeci, awansujące społecznie słoiki, parkowe żule, rodzice genialnych dzieci, czytelniczki Wysokich Obcasów i korpoludki. Opowieści o tych ostatnich wyszły Kołodziejczykowi najlepiej, a przynajmniej najlepiej je zapamiętałam.

To w nich autor daje największy popis swoich możliwości językowych. Kołodziejczyk robi z polszczyzną co chce, a raczej to, czego chcą jego bohaterowie, których językiem się posługuje. Robi to momentami naprawdę fenomenalnie. W recenzjach wyczytałam porównania do wczesnej Masłowskiej, Stasiuka i Krall, ze wszystkimi się zgadzam, a od siebie dodaję jeszcze świetną Rejmer (zwłaszcza z Toksymii) i trochę to bardziej poetyckie oblicze Hugo-Badera, natomiast treściowo 13 pięter Springera. 

Kołodziejczyk ma słuch absolutny i giętkie pióro, którym potrafi bezbłędnie oddać chyba każdy socjolekt. Mnie najbardziej śmieszyła telewizyjno-śniadaniowa nowomowa, czyli teksty w rodzaju „startapperzy sprzedają selfmejdowe naszyjniki z podkładek pod śrubki” czy „jarmuż nadaje się cudownie do owijania springrollsów wegańskich ryżowo-soczewicowych”. Takich przykładów można by mnożyć i śmiać się gromko, czasem gorzko, a czasem z samych siebie.

No dobrze, ale co z tego wszystkiego wynika? Jakie jest przesłanie autora i co on właściwie miał na myśli? Czyżby Kołodziejczyk chciał się trochę popisać, wywyższyć i zadrwić z tych strasznych mieszczan?

Otóż wydaje mi się, że nie, a jestem wręcz pewna, że nic z tego nie musi wynikać. Pragnienie głębokiego przesłania mnie samą doprowadziło do dysonansu, z którego jednak wyszłam cało, bo książka bardzo mi się podobała. Nie można tylko traktować Dysforii jak encyklopedię polskiego mieszczaństwa, ale raczej jak brulion z ciekawymi wycinkami z gazet. Ta książka jest jak obracający się kalejdoskop, w którym zobaczymy wiele błyskotek, ale nie pełny obraz. Myślę jednak, że polskiemu reportażowi, który pełen jest śmiertelnie poważnych tekstów i nazwisk, bardzo przyda się coś lżejszego.

I na sam koniec: nie za bardzo rozumiem dyskusję na temat tego, czy teksty Kołodziejczyka to reportaże czy opowiadania, skoro dawno już odkryto i zdefiniowano gatunek pośredni, czyli reportaż literacki, którego Dysforia jest idealnym przykładem. Bez wątpienia też książka ta przynależy do gatunku po prostu dobrej literatury, którą czyta się z dużą przyjemnością.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Herbjørg Wassmo "Te chwile"

BYĆ KOBIETĄ

Tytuł książki Herbjørg Wassmo doskonale oddaje kompozycję powieści, która składa się z wybranych chwil w życiu bohaterki i towarzyszących jej wtedy emocji. Z uczuciowej układanki pełnej wstydu, lęku, gniewu, ale też radości i satysfakcji sami możemy odtworzyć spójną historię życia niezwykłej kobiety.

„Te chwile” to szczera, intymna powieść w dużej mierze poświęcona kobiecości. Bohaterka najpierw doświadcza chorej relacji z ojcem, później zmaga się z nieudanym związkiem z mężem, do tego dochodzą trudy macierzyństwa. Wszystko to stanowi dla niej przeszkodę, a z drugiej strony pewną motywację do realizowania swojej największej pasji – pisania.

Powieść Wassmo jest przedstawiana przez wydawców i samą pisarkę jako autobiograficzna, dlatego trzecioosobowa narracja budzi tu pewien dysonans. Z pewnością w ten sposób autorka chciała zuniwersalizować własne doświadczenia, jednak niełatwo zidentyfikować się z bezimienną bohaterką, której życie poznajemy w prostych, krótkich zdaniach i rozdziałach. Trudno też uwierzyć w historię, w której intymne zwierzenia o życiowych dylematach przeplatają się z wyobrażonymi rozmowami z… Raskolnikowem czy Virginią Woolf. Choć chłodny styl nie sprzyja egzaltacji, w takich partiach tekstu autorce nie udało się jej uniknąć, podobnie jak przy mnożeniu pytań, które zadaje sobie bohaterka.
Książka ukazała się w Polsce w takim czasie, że aż prosi się o porównanie z dokonaniami Knausgårda i Christensena. Wydaje się, że obaj pisarze znaleźli ciekawsze i lepiej trafiające do czytelnika sposoby na opowiedzenie o własnym życiu. Recenzując autobiograficzną i bardzo intymną powieść, trudno jednak powstrzymać się od subiektywnych ocen. „Te chwile” to książka mówiąca głównie o emocjach i odwołująca się do specyficznego rodzaju wrażliwości, którą część czytelników w sobie odnajdzie, a część nie.
Herbjørg Wassmo pisała tę powieść, by zmierzyć się z osobistą traumą, a nie po to, by spełnić oczekiwania odbiorców. Niektóre chwile z „Tych chwil” brzmią jednak jakby trochę o czytelnikach zapomniała. Norweżka jest zbyt uznaną pisarką, by pozwolić sobie na złą książkę. Najnowsza powieść wymaga jednak specyficznego nastroju, nastawienia, a może kompetencji, by wyłuskać z niej to, co najważniejsze – historię o dojrzewaniu, poznawaniu samego siebie, przełamywaniu własnych ograniczeń i pokonywaniu traum.
***
Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl

środa, 24 czerwca 2015

Milan Kundera "Święto nieistotności"

ABSURDALNOŚĆ BYTU

W najnowszej książce Milana Kundery świat, w którym żyjemy, jawi się jako nieistotny – wszystko jest w nim puste i powtarzalne, a indywidualność to tylko złudzenie. Czy nie jest to jednak wystarczający powód do świętowania?
Kto nie zna sztuczek Kundery, ten początkowo może odebrać „Święto nieistotności” tylko jako lekką, żartobliwą powiastkę pełną nonsensownych dialogów i perypetii czterech paryżan. Alain, Charles, Kaliban i Ramon rzeczywiście zastanawiają się, czy anioły mają pępek i kogo Stalin darzył czułością, wymyślają wiarygodnie brzmiący, fikcyjny język i rozmawiają ze zmarłymi postaciami ze zdjęć. Kundera z właściwą sobie błyskotliwością i pewną nonszalancją odmalowuje świat, w którym kobieciarze wznoszą toast za chwałę czystości, Stalin opowiada niedorzeczne anegdoty o polowaniu na kuropatwy, a Kalinin ma problemy z pęcherzem.

Zderzenie wielkiej historii i polityki z opowieściami o przygodach w toalecie tworzy bardzo czeski klimat w powieści autora, który od lat przecież żyje we Francji i pisze w języku Balzaka. Książka skrzy się specyficznym humorem i uwodzi absurdalną fabułą. „Święto nieistotności” to także kolejny w dorobku pisarza językowy majstersztyk, który możemy smakować dzięki wspaniałemu tłumaczeniu nieocenionego Marka Bieńczyka. Wielbiciele Kundery nie powinni być zawiedzeni jego podobno ostatnią książką. Autor nie byłby przecież sobą, gdyby treść powieści miała być tylko czystą błazenadą, a jej styl flirtem z czytelnikiem.

Zza perypetii bohaterów przeziera bowiem trochę bolesna, a trochę kojąca świadomość, że świata nie da się zmienić na lepsze, a jedyny opór, jaki możemy mu stawić, to nie brać go całkiem na poważnie. W „Święcie nieistotności” znajdziemy to, co zwykle u Kundery: samotność, potrzebę bliskości i przyjaźni, poczucie nieprzystawalności, niemożność porozumienia się z drugim człowiekiem i uchwycenia sensu życia. Błahość i daremność istnienia nie jest jednak powodem rozpaczy bohaterów, którzy jawnie z niej kpią. Absurdalność bytu tym razem wydaje się całkiem znośna.


***


Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl

Aleksandra Boćkowska "To nie są moje wielbłądy"

BEZBŁĘDNE WIELBŁĄDY

Tytuł książki Aleksandry Boćkowskiej nawiązuje do modnej w PRL-u sukienki ze wzorem w wielbłądy, której różne postacie ze świata kultury przypisują odmienne pochodzenie. Zaprojektowała je Barbara Hoff czy Pierre d’Alby? Ktoś musiał popełnić błąd w zeznaniach. Bezbłędna jest za to książka, w której autorka w fascynujący sposób przybliża nie tylko powojenną historię mody.


„To nie są moje wielbłądy” to pozycja obowiązkowa także dla tych, których interesują realia epoki PRL-u. Boćkowska przedstawia je jakby mimochodem, gdzieś pomiędzy koszulami „taillert sznyt”, tabelą rozmiarowzrostów a kurtką z teksasu na kolorowym misiu. Autorka wyraźnie zaznacza, że moda jest ważna wtedy, gdy o coś walczy. W szarych czasach PRL-u walka o szykowny ciuch wynikała z pragnienia poprawiania rzeczywistości i głębokiej tęsknoty za „Zachód sznytem”, dlatego moda tamtego okresu jest tak ciekawa.

Autorka opisuje ją z dwóch perspektyw. W książce znajdziemy barwne wspomnienia i anegdoty ludzi, którzy zawodowo zajmowali się modą: projektantów, grafików, dziennikarzy, modelek, aktorów. Bliżej poznamy zatem Jadwigę Grabowską, dyrektorkę „Mody Polskiej”, Barbarę Hoff, projektantkę i założycielkę firmy „Hoffland” czy Romana Cieślewicza, grafika i dyrektora artystycznego magazynu „Ty i Ja”. Rozdział poświęcony temu czasopismu, które dziś nazwalibyśmy lifestyle’owym, jest chyba najlepszy, choć trudno wybrać między nim a opisem wcześniejszej epoki: złotych czasów Tyrmanda, Hłaski i „Do widzenia, do jutra”. Na drugim planie książki przeczytamy o tym, jak wyglądała moda z punktu widzenia zwykłego obywatela, który chadzał wyszperać to i owo na „ciuchach” czyli na bazarze na placu Szembeka w Warszawie czy placu Nankiera we Wrocławiu.

Gdyby tego wszystkiego było mało, książka jest pięknie wydana i bogato ilustrowana zdjęciami z polowań na odzieżowe hity, pokazów mody i wycinkami z gazet: głównie „Przekroju” i wspomnianego już „Ty i Ja”. „Wielbłądy” to lekka i przyjemna lektura o ludziach minionych epok, niepozbawiona jednocześnie ciekawego tła obyczajowego. Książkę Boćkowskiej po prostu chce się czytać, nawet jeśli bardziej niż sukienka w wielbłądy pasują nam dżinsy i t-shirt.

***

Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl

niedziela, 31 maja 2015

Finn Alnaes "Kolos"

POWRÓT KRÓLA

Wznowiona przez Wielką Literę powieść Finna Alnaesa została opublikowana w Norwegii w 1963 r., a w Polsce po raz pierwszy w 1967. Jak dziś czyta się szumnie nazwaną na czwartej stronie okładki „kultową skandynawską powieść lat 60., obrazoburczą, bezkompromisową, kipiącą młodzieńczą energią”?
Współcześnie trudno o skandal za sprawą opisu scen seksu czy wadzenia się z Bogiem. Na pierwszy plan wysuwa się raczej nie obrazoburczość, a refleksyjność powieści. Choć dużo w niej akcji – wielka miłość, brutalna bójka, dramatyczna śmierć, burza śnieżna – najważniejsze jest to, co dzieje się poza tymi wydarzeniami,  czyli w głowie głównego bohatera.

Brage Bragesson to wspaniale skrojona postać literacka, o której trudno zapomnieć. Charakterystyka bohatera dokonana przez powieściowego psychiatrę jest jednym z lepszych opisów ludzkiej psychiki w literaturze. Młodzieniec obdarzony niezwykłą siłą i sprawnością fizyczną, śmiałością, wiarą we własne możliwości, gotowy do poświęceń i bezwarunkowej miłości. Ten kolos okazuje się jednak mieć gliniane nogi. Skłonność do impulsywnych działań, kierowanie się emocjami (choć nie brak mu inteligencji), nadwrażliwość i wewnętrzne sprzeczności nieraz zawiodą go na manowce. Bragego czekają nie tylko kłopoty z prawem i otoczeniem, ale i własną kondycją psychiczną.

Mimo że Kolos jest powieścią utrzymaną w typowo skandynawskim klimacie, choćby przez wyraźny psychologizm i znaczenie sił natury, słychać w niej echa innych europejskich dzieł literackich.  Nad pierwszą częścią książki, zatytułowaną zresztą Proces, wisi cień Józefa K. i Raskolnikowa, gdy mowa o winie, karze i świadomości przestępcy. Kiedy Brage snuje rozważania egzystencjalne, momentami ma się wrażenie, jakby przemawiał przez niego Wilk stepowy. Mimo swojego liryzmu Kolos to również męska proza pełna przemocy i zmagania się z przyrodą, w czym z kolei przypomina twórczość Hemingwaya. Norweskiemu autorowi udało się zatem stworzyć powieść jednocześnie oryginalną i zakorzenioną w literackiej tradycji.

Warto było wznowić tę książkę nie tylko dla pięknej okładki Anny Pol. Nie wszystko w powieści przetrwało próbę czasu, ale z drugiej strony współcześnie możemy odkryć w niej nowe wymiary. Kolos to głęboka lektura o człowieku, dlatego zawsze będzie aktualna. Historia Bragego Bragessona jest także świadectwem rozpadu kultury zachodnioeuropejskiej pod wpływem nadmiernego rozwoju cywilizacji i destrukcji życia duchowego społeczeństw. Czy nie te same problemy nękają ludzkość do dziś?

***

Recenzja została opublikowana na stronie literatki.com

sobota, 18 kwietnia 2015

Margareta Strömstedt „Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości”

MAMA Z BULLERBYN


Pogodna, pełna ciepła, sytuująca dziecko w centrum wszechświata i nieobojętna na panujące w nim zło. Historia życia Astrid Lindgren spisana przez Margaretę Strömstedt idealnie współgra z klimatem książek najsłynniejszej pisarki dla dzieci.

Dzieciństwo autorki było prawdziwie sielskie i anielskie. Książka skupia się głównie na najmłodszych latach pisarki, spędzonych z kochającą rodziną w czerwonym domu w Näs w szwedzkiej Smålandii. Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości nie jest jednak standardową, chronologiczną biografią, a raczej historią, w której splatają się wydarzenia z życia pisarki, dzieje powstawania i recepcji jej książek oraz specyfika epoki. Strömstedt upatruje inspiracji do napisania danych wątków czy całych powieści w konkretnych zdarzeniach lub postaciach ważnych w życiu autorki Dzieci z Bullerbyn. Popiera to licznymi cytatami, dzięki czemu możemy powrócić do lektury fragmentów Pipi Pończoszanki, Emila ze Smålandii czy Braci Lwie Serce. Słodycz tych opowieści chwilami przełamują poważniejsze fragmenty poświęcone trudom wychowywania nieślubnego syna, dyskusjom na temat psychologii dziecięcej czy zaangażowaniu Lindgren w sprawy społeczno-polityczne. Książka pozostaje jednak przede wszystkim przyjemną lekturą, podczas której nietrudno o wspomnienia z własnych szczenięcych lat.

W porównaniu z Mamą Muminków, biografią Tove Jansson wydaną kilka lat temu również przez Marginesy, życiorys Mamy z Bullerbyn wypada jednak słabiej. Biografka Astrid Lindgren nie przełamuje stereotypu pisarki literatury dla najmłodszych i prezentuje autorkę głównie jako miłą starszą panią, która ponad wszystko kocha dzieci. Niewiele mówi o jej życiu wewnętrznym i dyskretnie pomija to, co trudne i niejednoznaczne, np. szczegóły dotyczące małżeństwa. Strömstedt jedynie wspomina o dręczącej Lindgren tajemniczej melancholii, nie podając żadnych przyczyn tego stanu i potęgując czytelniczy niedosyt. W przypadku biografii pisanej za życia bohaterki (pierwsza wersja książki powstała w Szwecji w latach 70.) można tłumaczyć to troską o jej prywatność, co nie zmienia faktu, że otrzymujemy nieco „upupiony” wizerunek postaci z pewnością interesującej i wielowymiarowej.

Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości to jednak ciekawie napisana książka, której autorka przedstawia wiarygodne interpretacje utworów pisarki i rzetelnie prezentuje większość obszarów jej biografii. Szata graficzna publikacji oraz zamieszczone w niej zdjęcia i rysunki dodają książce uroku, a zarazem ułatwiają przeniesienie się w świat dziecięcej wyobraźni.

***

Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl

wtorek, 31 marca 2015

Michał Olszewski "Najlepsze buty na świecie"

A TO POLSKA WŁAŚNIE

Najlepsze buty na świecie, najnowsza książka Michała Olszewskiego, spełnia zapotrzebowanie na dobry reportaż o Polsce. Brak ten z pewnością nieco doskwierał coraz liczniejszym czytelnikom tego gatunku. Czołówka polskich reporterów pisze raczej o innych krajach: Szczygieł o Czechach, Hugo-Bader o Rosji, Tochman o Rwandzie czy Filipinach. Olszewski zebrał w jednym tomie teksty ukazujące się w latach 2003-2014 na łamach „Gazety Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego”. Tematyczny porządek reportaży nadaje książce walor spójnej opowieści o kraju absurdów, zakłamania, zmagania się z losem i zatargów z przeszłością. Czytając te teksty, nietrudno odnieść wrażenie, że opisują jakąś obcą krainę pełną ludzkich dramatów. A to Polska właśnie.

Olszewski w swoich reportażach porusza zarówno tematy znane z medialnych przekazów, jak i te zwykle przez nie pomijane lub nieodkryte. Pierwsze z nich wreszcie możemy zgłębić i zobaczyć z nieco innej perspektywy niż nakazuje to forma sensacyjnych doniesień prezentowanych w programach telewizyjnych czy artykułach prasowych. Najlepsze buty na świecie otwierają historie nadużyć i przestępstw na tle seksualnym popełnianych przez księży. Temat zdawałoby się wyczerpany i nazbyt oczywisty, gdy chce się pisać o polskich absurdach, w reportażach Olszewskiego brzmi świeżo i ciekawie. Podobnie wypadają kolejne teksty o zanieczyszczeniu środowiska, o którym przecież wiele już słyszeliśmy, ale dawno nie tak przejmująco i to za sprawą dość oszczędnych środków. Autor nie stara się na siłę szokować ani niczego udowadniać, po prostu przygląda się bohaterom jak wnikliwy obserwator, sprawny pisarz, przede wszystkim zaś – wrażliwy człowiek.

Z każdą stroną robi się coraz bardziej interesująco; Olszewski porusza tematy, o których nie słyszy się zbyt często w debacie publicznej. W dalszej części książki czytamy m.in. o zawiłych stosunkach polsko-niemieckich, odwiedzamy więzienia i ośrodek socjalno-szkoleniowy dla kobiet oraz bliżej poznajemy środowisko narkomanów. Ostatni i najobszerniejszy rozdział poświęcony jest szeroko pojętej traumie wojennej. Najbardziej zapadające w pamięć są reportaże związane z Oświęcimiem – miastem, którego mieszkańcy starają się żyć własnym życiem, choć zmagają się z ciągle obecną w ich otoczeniu i pamięci tragiczną historią.

W Najlepszych butach na świecie Olszewski skupia się głównie na sprawach jednostek, małych grup i lokalnych społeczności. Czyni to jednak z tak dużą dozą wrażliwości i przenikliwości, że inteligentny czytelnik bez trudu dokona uogólnień i wyciągnie wnioski. Subtelne czy – jak chce Włodzimierz Nowak na czwartej stronie okładki – „niespieszne” reportaże autora Zapisków na biletach składają się bowiem na trudną i bolesną panoramę współczesnej Polski. Ten nieprzyjemny, ale po mistrzowsku odmalowany obraz na pewno był nam potrzebny.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com

niedziela, 25 stycznia 2015

Szczepan Twardoch "Drach"

MĄDROŚĆ ZIEMI

Lektura Dracha Szczepana Twardocha zapewnia przede wszystkim imponujące wrażenie symultaniczności. Choć opisane w jednym rozdziale wydarzenia dzieli niekiedy nawet sto lat, łączy je obecność śląskiej ziemi, w którą wsiąka wojenna krew, wypijany w rozpaczy alkohol i zapach zakazanych namiętności.




Najnowsza książka Twardocha idealnie wpisuje się w jego dotychczasową męską, brutalną i mroczną twórczość. Kanwą opowieści są tym razem dzieje dwóch śląskich rodzin: Magnorów i Gemanderów, których członków poznajemy na przestrzeni kilku pokoleń, ale w specyficzny sposób. Autor z niezwykłą zręcznością umieszcza czytelnika w centrum opisywanych światów, które są względem siebie oddalone w czasie, ale sprawiają wrażenie równoległych. Każdy rozdział rządzi się prawami własnej chronologii. Na sąsiednich stronach czytamy o uczuciowych niepowodzeniach żyjącego współcześnie architekta, Nikodema Gemandera i o wojennych trudach jego pradziadka, Josefa Magnora na froncie I wojny światowej. Częste przeskoki w czasie nie powodują chaosu, ale wprowadzają ciekawy zamęt, który nie pozwala odłożyć książki na bok.

Twardoch doskonale wie, jak uwodzić złem. W świecie Dracha śmierć pojedynczych osób nie ma żadnego znaczenia, najczystsza miłość to miłość cielesna, a biegiem wydarzeń rządzi przypadek. Zachowania bohaterów reguluje bezlitosny kodeks etyczny, na mocy którego to, co należy mówić jest silniejsze od tego, w co się wierzy. Nieustanna bliskość świata przyrody pozwala dobrze przyjrzeć się istocie człowieczeństwa. Epatowanie cielesnością, przemocą i seksem składa się na bardzo przyziemny i brutalny obraz natury ludzkiej. W opisie bohaterów Twardoch skupia się głównie na tym, co w człowieku pierwotne, a nie wykształcone przez kulturę.

Do takiego świata pasuje tylko język prosty i pozbawiony metafor. Za sprawą dużej liczby powtórzeń narracja staje się momentami rytmiczna i brzmi jak mantra, której nie zakłócają nawet obszerne fragmenty pisane po śląsku i po niemiecku. Głos wszechwiedzącego narratora, tytułowego Dracha, przydaje zaś powieści swoistej baśniowości i mocy mitu.

Twardochowi udało się stworzyć oryginalną sagę rodzinną, która odnosi się nie tylko do dziejów jednego rodu, lecz także całej ludzkości. Drach nie jest jedynie powieścią o Śląsku. Autor z ciekawej perspektywy przygląda się pierwotnej, a więc wspólnej nam wszystkim, sferze ludzkiej natury, nadając swojej książce uniwersalny wymiar. Choć mitologizowanie rzeczywistości bywa momentami nadmierne i irytujące, nie sposób nie docenić rozmachu i spójności tej wizji. Drach to godna uwagi próba przedstawienia różnych światów powracających w końcu do jednej ziemi, z której się wywodzą.

***

Recenzja ukazała się na stronie literatki.com