środa, 24 czerwca 2015

Milan Kundera "Święto nieistotności"

ABSURDALNOŚĆ BYTU

W najnowszej książce Milana Kundery świat, w którym żyjemy, jawi się jako nieistotny – wszystko jest w nim puste i powtarzalne, a indywidualność to tylko złudzenie. Czy nie jest to jednak wystarczający powód do świętowania?
Kto nie zna sztuczek Kundery, ten początkowo może odebrać „Święto nieistotności” tylko jako lekką, żartobliwą powiastkę pełną nonsensownych dialogów i perypetii czterech paryżan. Alain, Charles, Kaliban i Ramon rzeczywiście zastanawiają się, czy anioły mają pępek i kogo Stalin darzył czułością, wymyślają wiarygodnie brzmiący, fikcyjny język i rozmawiają ze zmarłymi postaciami ze zdjęć. Kundera z właściwą sobie błyskotliwością i pewną nonszalancją odmalowuje świat, w którym kobieciarze wznoszą toast za chwałę czystości, Stalin opowiada niedorzeczne anegdoty o polowaniu na kuropatwy, a Kalinin ma problemy z pęcherzem.

Zderzenie wielkiej historii i polityki z opowieściami o przygodach w toalecie tworzy bardzo czeski klimat w powieści autora, który od lat przecież żyje we Francji i pisze w języku Balzaka. Książka skrzy się specyficznym humorem i uwodzi absurdalną fabułą. „Święto nieistotności” to także kolejny w dorobku pisarza językowy majstersztyk, który możemy smakować dzięki wspaniałemu tłumaczeniu nieocenionego Marka Bieńczyka. Wielbiciele Kundery nie powinni być zawiedzeni jego podobno ostatnią książką. Autor nie byłby przecież sobą, gdyby treść powieści miała być tylko czystą błazenadą, a jej styl flirtem z czytelnikiem.

Zza perypetii bohaterów przeziera bowiem trochę bolesna, a trochę kojąca świadomość, że świata nie da się zmienić na lepsze, a jedyny opór, jaki możemy mu stawić, to nie brać go całkiem na poważnie. W „Święcie nieistotności” znajdziemy to, co zwykle u Kundery: samotność, potrzebę bliskości i przyjaźni, poczucie nieprzystawalności, niemożność porozumienia się z drugim człowiekiem i uchwycenia sensu życia. Błahość i daremność istnienia nie jest jednak powodem rozpaczy bohaterów, którzy jawnie z niej kpią. Absurdalność bytu tym razem wydaje się całkiem znośna.


***


Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl

Aleksandra Boćkowska "To nie są moje wielbłądy"

BEZBŁĘDNE WIELBŁĄDY

Tytuł książki Aleksandry Boćkowskiej nawiązuje do modnej w PRL-u sukienki ze wzorem w wielbłądy, której różne postacie ze świata kultury przypisują odmienne pochodzenie. Zaprojektowała je Barbara Hoff czy Pierre d’Alby? Ktoś musiał popełnić błąd w zeznaniach. Bezbłędna jest za to książka, w której autorka w fascynujący sposób przybliża nie tylko powojenną historię mody.


„To nie są moje wielbłądy” to pozycja obowiązkowa także dla tych, których interesują realia epoki PRL-u. Boćkowska przedstawia je jakby mimochodem, gdzieś pomiędzy koszulami „taillert sznyt”, tabelą rozmiarowzrostów a kurtką z teksasu na kolorowym misiu. Autorka wyraźnie zaznacza, że moda jest ważna wtedy, gdy o coś walczy. W szarych czasach PRL-u walka o szykowny ciuch wynikała z pragnienia poprawiania rzeczywistości i głębokiej tęsknoty za „Zachód sznytem”, dlatego moda tamtego okresu jest tak ciekawa.

Autorka opisuje ją z dwóch perspektyw. W książce znajdziemy barwne wspomnienia i anegdoty ludzi, którzy zawodowo zajmowali się modą: projektantów, grafików, dziennikarzy, modelek, aktorów. Bliżej poznamy zatem Jadwigę Grabowską, dyrektorkę „Mody Polskiej”, Barbarę Hoff, projektantkę i założycielkę firmy „Hoffland” czy Romana Cieślewicza, grafika i dyrektora artystycznego magazynu „Ty i Ja”. Rozdział poświęcony temu czasopismu, które dziś nazwalibyśmy lifestyle’owym, jest chyba najlepszy, choć trudno wybrać między nim a opisem wcześniejszej epoki: złotych czasów Tyrmanda, Hłaski i „Do widzenia, do jutra”. Na drugim planie książki przeczytamy o tym, jak wyglądała moda z punktu widzenia zwykłego obywatela, który chadzał wyszperać to i owo na „ciuchach” czyli na bazarze na placu Szembeka w Warszawie czy placu Nankiera we Wrocławiu.

Gdyby tego wszystkiego było mało, książka jest pięknie wydana i bogato ilustrowana zdjęciami z polowań na odzieżowe hity, pokazów mody i wycinkami z gazet: głównie „Przekroju” i wspomnianego już „Ty i Ja”. „Wielbłądy” to lekka i przyjemna lektura o ludziach minionych epok, niepozbawiona jednocześnie ciekawego tła obyczajowego. Książkę Boćkowskiej po prostu chce się czytać, nawet jeśli bardziej niż sukienka w wielbłądy pasują nam dżinsy i t-shirt.

***

Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl