niedziela, 20 września 2015

Marcin Kołodziejczyk "Dysforia. Przypadki mieszczan polskich"

O POŻYTKACH Z DYSONANSU


Wszyscy już czytali i wszyscy się zachwycali, zaostrzając mój apetyt na Dysforię Marcina Kołodziejczyka. Chyba nie analizowałam tych zachwytów zbyt wnikliwie, bo spodziewałam się co najmniej jakiejś miejskiej epopei, diagnozy ponowoczesnego mieszczaństwa, dzieła na miarę Kwestii miejskiej Castellsa. Nic z tych rzeczy oczywiście nie dostałam, co wcale nie znaczy, że Dysforia jest książką złą.


Wręcz przeciwnie, trzeba tylko podejść do niej z odpowiednim nastawieniem. Wystarczy ze zrozumieniem przeczytać podtytuł, w którym mowa o p r z y p a d k a c h mieszczan polskich, a więc nie ma żadnej obietnicy całościowego obrazu tej grupy. Autor definiuje ją w wywiadzie dla dwutygodnika, podkreślając przewrotność terminu „mieszczanie”, których jego zdaniem w Polsce nie ma. To po prostu ludzie, którzy mieszkają w miastach. Nic zatem nie zapowiada dzieła o jednolitej, wielkomiejskiej kulturze i specyfice życia w mieście, którą dałoby się jakoś wyodrębnić i opisać.

A co Kołodziejczyk opisał? Jakie są te podtytułowe przypadki? Dosyć zróżnicowane, bo pojawiają się i mieszkańcy deweloperskich osiedli, i peerelowskich blokowisk, są sędziwe weteranki Powstania Warszawskiego, grafomańscy poeci, awansujące społecznie słoiki, parkowe żule, rodzice genialnych dzieci, czytelniczki Wysokich Obcasów i korpoludki. Opowieści o tych ostatnich wyszły Kołodziejczykowi najlepiej, a przynajmniej najlepiej je zapamiętałam.

To w nich autor daje największy popis swoich możliwości językowych. Kołodziejczyk robi z polszczyzną co chce, a raczej to, czego chcą jego bohaterowie, których językiem się posługuje. Robi to momentami naprawdę fenomenalnie. W recenzjach wyczytałam porównania do wczesnej Masłowskiej, Stasiuka i Krall, ze wszystkimi się zgadzam, a od siebie dodaję jeszcze świetną Rejmer (zwłaszcza z Toksymii) i trochę to bardziej poetyckie oblicze Hugo-Badera, natomiast treściowo 13 pięter Springera. 

Kołodziejczyk ma słuch absolutny i giętkie pióro, którym potrafi bezbłędnie oddać chyba każdy socjolekt. Mnie najbardziej śmieszyła telewizyjno-śniadaniowa nowomowa, czyli teksty w rodzaju „startapperzy sprzedają selfmejdowe naszyjniki z podkładek pod śrubki” czy „jarmuż nadaje się cudownie do owijania springrollsów wegańskich ryżowo-soczewicowych”. Takich przykładów można by mnożyć i śmiać się gromko, czasem gorzko, a czasem z samych siebie.

No dobrze, ale co z tego wszystkiego wynika? Jakie jest przesłanie autora i co on właściwie miał na myśli? Czyżby Kołodziejczyk chciał się trochę popisać, wywyższyć i zadrwić z tych strasznych mieszczan?

Otóż wydaje mi się, że nie, a jestem wręcz pewna, że nic z tego nie musi wynikać. Pragnienie głębokiego przesłania mnie samą doprowadziło do dysonansu, z którego jednak wyszłam cało, bo książka bardzo mi się podobała. Nie można tylko traktować Dysforii jak encyklopedię polskiego mieszczaństwa, ale raczej jak brulion z ciekawymi wycinkami z gazet. Ta książka jest jak obracający się kalejdoskop, w którym zobaczymy wiele błyskotek, ale nie pełny obraz. Myślę jednak, że polskiemu reportażowi, który pełen jest śmiertelnie poważnych tekstów i nazwisk, bardzo przyda się coś lżejszego.

I na sam koniec: nie za bardzo rozumiem dyskusję na temat tego, czy teksty Kołodziejczyka to reportaże czy opowiadania, skoro dawno już odkryto i zdefiniowano gatunek pośredni, czyli reportaż literacki, którego Dysforia jest idealnym przykładem. Bez wątpienia też książka ta przynależy do gatunku po prostu dobrej literatury, którą czyta się z dużą przyjemnością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz