sobota, 31 października 2015

Szczepan Twardoch "Wieloryby i ćmy. Dzienniki"

OBYWATEL NIERZECZYWISTOŚCI

Tytuł książki, nawiązujący do śmierci wymienionych w nim zwierząt, nie jest motywem przewodnim dzienników Twardocha. Wieloryby i ćmy traktują bowiem – i niech nie zabrzmi to patetycznie – o życiu.


Książka złożona głównie z fragmentów: refleksji, snów, reportaży, esejów, których autor nie ma zamiaru tworzyć wokół siebie atmosfery skandalu i nie ujawnia zbyt wielu szczegółów z życia prywatnego, nadal pozostaje jednak tekstem intymnym, który trudno oceniać w kategoriach literackich.

Dzienniki napisane są w taki sposób, że łatwo ulec przyjemnej iluzji pokrewieństwa dusz z pisarzem – proza Twardocha jak zwykle brzmi prawdziwie i szczerze, nawet jeśli zawiera jakąś dozę autokreacji. Z pewnością wielu czytelnikom ambitnej literatury nietrudno się utożsamić z pesymizmem i melancholią autora, skomplikowaną miłością do rodzaju ludzkiego, tym, że nie uchodzi za obywatela rzeczywistości i z jego wieczną tęsknotą za czymś innym.

„Prawdziwe” życie zawsze jest gdzie indziej, ale co stanowi materię życia Szczepana Twardocha tu i teraz?

Przede wszystkim pisanie. Pisarz zawsze jest w pracy i nawet nie ma jak oszukać szefa. Poza tym rozczulające (ale nie czułostkowe) fragmenty o ojcostwie, liczne kartki z podróży (w tym na powracający znów do mnie po reportażu Wiśniewskiej Spistsbergen) i refleksje o przywiązaniu do śląskiej ziemi i swoich przodków. Te urywki klimatem bardzo przypominają Dracha.

Nie mogło zabraknąć oczywiście kilku słów o czytanych lekturach (Twardoch jest kolejną osobą, która każe mi w końcu sięgnąć po Maraiego) i paru smaczków z literackiego światka – autor przyjaźni się z Witem Szostakiem i Łukaszem Orbitowskim, z którymi związanych jest kilka zabawnych anegdot. Na szczęście Twardoch nie jest tak całkiem odcięty od świata szarych zjadaczy popkultury, bo – ku mojej uciesze – chyba ogląda Downton Abbey i zdarza mu się słuchać The xx...

Nie wiem czy Wieloryby i ćmy okazałyby się aż tak interesujące dla osób, które nie znają twórczości Twardocha. Nie ulega jednak wątpliwości, że dla miłośników autora Dzienniki będą doskonałym uzupełnieniem jego prozy. Po tej lekturze powieści Twardocha wydają się jeszcze lepsze, bo są bardziej zrozumiałe, kiedy wiemy, spod czyjego wyszły pióra. Całość dorobku autora składa się zaś na spójny wizerunek pisarza przywiązanego do określonych ideałów, co czyni go po trosze obywatelem nierzeczywistości.


wtorek, 6 października 2015

David Foster Wallace "Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi"

PASKUDNA PEREŁKA

Ulubioną powieścią bohatera filmu „Sztuki wyzwolone”, trochę zagubionego w życiu trzydziestoparolatka, jest „Infinite Jest” Davida Fostera Wallace’a. Czy pierwsza wydana w Polsce książka amerykańskiego pisarza może zyskać taki status wśród naszego pokolenia X czy jakiejkolwiek innej publiczności?
Raczej nie, bo „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” dosyć trudno polubić, co jednak wcale nie jest zarzutem. Nagromadzenie osobliwych, okaleczonych życiowo postaci, z których każda zmaga się z jakąś traumą lub nałogiem, zagmatwany styl pełen neologizmów, skrótów i przypisów, a jednocześnie wielostylowość, po prostu nie składają się na przepis na ulubioną pozycję wielu czytelników. Książka ma za to pełnię praw i możliwości, by uzyskać miano kultowej. Legendą jest przecież jej autor, ikona amerykańskiego postmodernizmu, cierpiący przez wiele lat na depresję geniusz-samobójca.
Twórczość Wallace’a, zwłaszcza na podstawie jednej książki, trudno porównać do pisarstwa kogokolwiek innego. Niekiedy przezierają przez nią cienie Pynchona, Nabokova czy Bernharda, ale tylko po to, żeby po chwili się rozwiać. W krytyce kondycji współczesnego człowieka z jego konsumpcjonizmem, skłonnością do psychologizowania i brakiem umiejętności zbudowania trwałych więzi z innymi Wallace bliski jest Franzenowi. Wyraża ją jednak w sposób dużo bardziej brutalny i przerysowany, bo pokazuje rzeczywistość, w której nikt nie jest „normalny”, o ile to słowo jest w ogóle jakimś odniesieniem w jego świecie przedstawionym.
„Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” są zapisem jednej wielkiej terapii, której powinien poddać się współczesny świat. Autor rozbija go na pojedyncze teksty, w których łamie wszelkie tabu związane z seksem, depresją, samotnością, wykluczeniem, innością czy uzależnieniem. Ucieka od schematycznych ujęć tych tematów, których trochę już w literaturze było i stroni od przewidywalnych zakończeń, a czasem w ogóle od jakichkolwiek puent. Po ostatniej kropce każdego tekstu możemy czuć się nieco zdezorientowani. Wallace nieustannie gra z czytelnikiem, wstawia jego cierpliwość na niejedną próbę, mieszając wszelkie style, wymiary i porządki. Pobudza intelektualnie, każąc brnąć przez połacie tekstu zamieszczone w przypisach, by za chwile uśpić czujność monologiem kolejnego „paskudnego” bohatera. A wszystko to z chęci wyrażenia całkowitej, pełnokrwistej prawdy o człowieku, choć tego możemy się tylko domyślać i – jak to u Wallace’a – możemy się przecież grubo mylić.
Ta książka to lektura odpychająca, a zarazem wciągająca swoją ekstrawagancją i bezkompromisowością. Debiutujący na naszym rynku wydawniczym autor napisał rzecz nieprzyjemną, męczącą i ekstremalnie trudną w odbiorze, a jednak fascynującą językową maestrią, świeżością spojrzenia na sprawy dotyczące istoty człowieczeństwa i uporem w poszukiwaniu na nie lekarstwa. „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” na pewno nie są pozycją dla każdego, ale miłośnicy formalnych eksperymentów, jak i zgłębiania mrocznych tajników ludzkiej duszy będą zachwyceni i zaskoczeni.
***
Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl.
Zdjęcie pochodzi z pięknych czasów, gdy drzewa w Parku Zachodnim były zielone.