wtorek, 6 października 2015

David Foster Wallace "Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi"

PASKUDNA PEREŁKA

Ulubioną powieścią bohatera filmu „Sztuki wyzwolone”, trochę zagubionego w życiu trzydziestoparolatka, jest „Infinite Jest” Davida Fostera Wallace’a. Czy pierwsza wydana w Polsce książka amerykańskiego pisarza może zyskać taki status wśród naszego pokolenia X czy jakiejkolwiek innej publiczności?
Raczej nie, bo „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” dosyć trudno polubić, co jednak wcale nie jest zarzutem. Nagromadzenie osobliwych, okaleczonych życiowo postaci, z których każda zmaga się z jakąś traumą lub nałogiem, zagmatwany styl pełen neologizmów, skrótów i przypisów, a jednocześnie wielostylowość, po prostu nie składają się na przepis na ulubioną pozycję wielu czytelników. Książka ma za to pełnię praw i możliwości, by uzyskać miano kultowej. Legendą jest przecież jej autor, ikona amerykańskiego postmodernizmu, cierpiący przez wiele lat na depresję geniusz-samobójca.
Twórczość Wallace’a, zwłaszcza na podstawie jednej książki, trudno porównać do pisarstwa kogokolwiek innego. Niekiedy przezierają przez nią cienie Pynchona, Nabokova czy Bernharda, ale tylko po to, żeby po chwili się rozwiać. W krytyce kondycji współczesnego człowieka z jego konsumpcjonizmem, skłonnością do psychologizowania i brakiem umiejętności zbudowania trwałych więzi z innymi Wallace bliski jest Franzenowi. Wyraża ją jednak w sposób dużo bardziej brutalny i przerysowany, bo pokazuje rzeczywistość, w której nikt nie jest „normalny”, o ile to słowo jest w ogóle jakimś odniesieniem w jego świecie przedstawionym.
„Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” są zapisem jednej wielkiej terapii, której powinien poddać się współczesny świat. Autor rozbija go na pojedyncze teksty, w których łamie wszelkie tabu związane z seksem, depresją, samotnością, wykluczeniem, innością czy uzależnieniem. Ucieka od schematycznych ujęć tych tematów, których trochę już w literaturze było i stroni od przewidywalnych zakończeń, a czasem w ogóle od jakichkolwiek puent. Po ostatniej kropce każdego tekstu możemy czuć się nieco zdezorientowani. Wallace nieustannie gra z czytelnikiem, wstawia jego cierpliwość na niejedną próbę, mieszając wszelkie style, wymiary i porządki. Pobudza intelektualnie, każąc brnąć przez połacie tekstu zamieszczone w przypisach, by za chwile uśpić czujność monologiem kolejnego „paskudnego” bohatera. A wszystko to z chęci wyrażenia całkowitej, pełnokrwistej prawdy o człowieku, choć tego możemy się tylko domyślać i – jak to u Wallace’a – możemy się przecież grubo mylić.
Ta książka to lektura odpychająca, a zarazem wciągająca swoją ekstrawagancją i bezkompromisowością. Debiutujący na naszym rynku wydawniczym autor napisał rzecz nieprzyjemną, męczącą i ekstremalnie trudną w odbiorze, a jednak fascynującą językową maestrią, świeżością spojrzenia na sprawy dotyczące istoty człowieczeństwa i uporem w poszukiwaniu na nie lekarstwa. „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” na pewno nie są pozycją dla każdego, ale miłośnicy formalnych eksperymentów, jak i zgłębiania mrocznych tajników ludzkiej duszy będą zachwyceni i zaskoczeni.
***
Recenzja ukazała się na stronie xiegarnia.pl.
Zdjęcie pochodzi z pięknych czasów, gdy drzewa w Parku Zachodnim były zielone.

1 komentarz:

  1. Rafa czytał mi fragmenty, sama łyknęłam z jedno-dwa opowiadania i byłam zachwycona (na tyle, że trochę boję się przeczytać całą tę książkę w obawie, że mnie zniszczy). Wallace to jest rzeczywiście coś zupełnie innego od wszystkiego. Wiedziałaś, że chodził na spotkania AA, żeby zrozumieć, jak działa taki rodzaj terapii? Albo że miał w domu całą biblioteczkę poradników w najgorszym amerykańskim stylu? Jedna z jego fanek, jakaś badaczka czy reporterka, była tym zdumiona i chyba trochę nie wiedziała, co z faktem począć, ale...

    Bierz jeszcze to:

    "If you're automatically sure that you know what reality is and who and what is really important-if you want to operate on your default-setting-then you, like me, will not consider possibilities that aren't pointless and annoying. But if you've really learned how to think, how to pay attention, then you will know you have other options. It will actually be within your power to experience a crowded, loud, slow, consumer hell-type situation as not only meaningful but sacred, on fire with the same force that lit the stars-compassion, love, the sub-surface unity of all things. Not that that mystical stuff's necessarily true: The only thing that's capital-T True is that you get to decide how you're going to try to see it. You get to consciously decide what has meaning and what doesn't. You get to decide what to worship...

    Because here's something else that's true. In the day-to-day trenches of adult life, there is actually no such thing as atheism. There is no such thing as not worshipping. Everybody worships. The only choice we get is what to worship. And an outstanding reason for choosing some sort of God or spiritual-type thing to worship-be it J.C. or Allah, be it Yahweh or the Wiccan mother-goddess or the Four Noble Truths or some infrangible set of ethical principles-is that pretty much anything else you worship will eat you alive. If you worship money and things-if they are where you tap real meaning in life-then you will never have enough. Never feel you have enough. It's the truth. Worship your own body and beauty and sexual allure and you will always feel ugly, and when time and age start showing, you will die a million deaths before they finally plant you. On one level, we all know this stuff already-it's been codified as myths, proverbs, clichés, bromides, epigrams, parables: the skeleton of every great story. The trick is keeping the truth up-front in daily consciousness. Worship power-you will feel weak and afraid, and you will need ever more power over others to keep the fear at bay. Worship your intellect, being seen as smart-you will end up feeling stupid, a fraud, always on the verge of being found out. And so on.

    Look, the insidious thing about these forms of worship is not that they're evil or sinful; it is that they are unconscious. They are default-settings. They're the kind of worship you just gradually slip into, day after day, getting more and more selective about what you see and how you measure value without ever being fully aware that that's what you're doing."

    OdpowiedzUsuń