środa, 11 listopada 2015

Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów"

DZIEJOWA PONIEWIERKA

Ku mojej uciesze w Wiecznym Grunwaldzie Szczepana Twardocha powraca bohater o niedookreślonej tożsamości, zmagający się z własnym „ja” odszczepieniec, który nie pasuje do żadnej społeczności, w której się znajdzie. Powraca dla mnie, bo jako pierwsze czytałam Dracha i Morfinę, naprawdę to w tej powieści temat dopiero się zaczyna, o ile nie pojawił się w jeszcze wcześniejszych książkach Twardocha.


Akcja Powieści zza końca czasów rozgrywa się w dwóch splatających się ze sobą wymiarach: pierwszy dotyczy jednostkowego losu człowieka, drugi – losów całej ludzkości. Paszko to bohater udręczony zarówno osobistą historią, jak i odwiecznym konfliktem polsko-niemieckim, w którym nie wie, po której stronie się opowiedzieć jako syn Kazimierza Wielkiego i córki kupca z Norymbergii. Przez całe długie, wielokrotnie odradzające się życie ciąży na nim jego pochodzenie: jest bękartem, dzieckiem prostytutki, a potem jeszcze sierotą.

Po raz pierwszy ginie w bitwie pod Grunwaldem,  ale nie udaje mu się umrzeć na zawsze, chociaż właśnie tylko o tym marzy. Żyje na nowo w różnych momentach skomplikowanej, polsko-niemieckiej historii i ciągle musi dokonywać trudnych wyborów, bo nie czuje się ani Polakiem, ani Niemcem – jest nikim nawet we własnych oczach. Próbuje się dookreślić kolejnymi aktami przemocy, ale ta dziejowa poniewierka, która metaforycznie dotyczyć ma pewnie każdego z nas, nie może skończyć się dobrze.

Wieczny Grunwald jest pełen ponurych wizji dotyczących sensu dziejów wypełnionych wojną, cierpieniem i nieuchronną śmiercią. Nie brakuje w nim też śmiałych i ciekawych tez na temat istoty polskości i niemieckości. Przytoczę choćby tę o podobieństwie Polaków i Niemców, których narody ma łączyć zrodzenie się z „romantycznych sublimacji” w opozycji do Francuzów czy Amerykanów, którzy wywodzą się z polityki i epoki rozumu, a nie ducha. Trudno oceniać prawdziwość takich hipotez, niemniej ich lektura jest bardzo interesująca i pobudzająca intelektualnie. Na pochwałę zasługuje też brawurowa stylizacja języka na staropolski. Twardoch stosuje ją w taki sposób, że nawet niezrozumiałe wyrazy nie zaburzają płynności lektury, wręcz przeciwnie – odgadywanie ich znaczenia sprawia dużo przyjemności.

Trzecia przeczytana powieść, a czwarta książka (doliczając Dzienniki) Twardocha dowodzi, że mamy do czynienia z autorem nietuzinkowym, o wyrazistym, niepodrabialnym stylu: z jednej strony brutalnym, z drugiej podniosłym, a na pewno pełnym magnetyzującego pesymizmu co do sensu naszego istnienia. Jego prozą rządzą wciąż te same tematy: filozofia dziejów, stosunki polsko-niemieckie, wojna, śmierć, seks, poszukiwanie własnej tożsamości i swojego miejsca na tym okrutnym świecie. Nawet jeśli te pierwsze nie wydają mi się interesujące same w sobie, to w twórczości Twardocha znajdują takie realizacje, które potrafią przyciągnąć moją uwagę. Szczepan Twardoch wydaje się pisarzem, który tak naprawdę przez całe życie pisze jedną książkę, a każda ze sprawdzonych przeze mnie wersji okazuje się osobnym, skończonym i udanym dziełem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz